sobota, 14 listopada 2015

Od Skylor C.D. Corrado

Spróbowałam otrzeć łzy, ale wciąż się trzęsłam i mną szarpało. Odsunęłam się od ogiera speszona. Wiedziałam, że jest na mnie wściekły, ale...no, musiałam.
- Cor...przepraszam. - powiedziałam jąkając się i krztusząc. Corrado stał przede mną patrząc na mnie jakbym była kosmitą E.T. Spuściłam wzrok. Nie byłam w stanie spojrzeć mu w oczy. Kątem oka dostrzegłam, jak lekko się cofa. Nagle pogalopował za siebie, nie oglądając się. Pokręciłam głową. Przeczuwałam, że tak zareaguje...miał prawo. Znienawidził mnie. Zaczęłam powoli odwracać, się, żeby wrócić tam, skąd przyszłam. Po tym, co zrobiłam...nie miałam prawa myśleć, że Corrado mi wybaczy. Dopiero, co zaczęliśmy być razem, a ja już musiałam odejść...Już chciałam zacząć wracać, kiedy usłyszałam za sobą znajomy krzyk.
- Skylor! - odwróciłam się i zobaczyłam, jak w moim kierunku biegnie Snow Flame. Mimowolnie słabo się uśmiechnęłam. Chociaż krótko byłam w stadzie zdążyłam jako tako poznać Snow, i ucieszyłam się na jej widok.
Za nią biegła druga klacz, ale ją ciężko było mi rozpoznać. Corrada nigdzie nie było.
Kiedy klacze dobiegły, jedna z nich, ta, której nie rozpoznałam podeszła do mnie.
- Roxolanne. - przedstawiła się. - A ty jesteś...
- To Skylor. - powiedziała Snow, wyręczając mnie. Zresztą, i tak mi było strasznie ciężko mówić. - Bardzo krótko była w stadzie, no a teraz wróciła.
- Czekaj... - zmarszczyłam czoło. - Kim ty jesteś? - spojrzałam na Roxolanne.
- Jestem córką Bring the Horizon i Eagle Eye'a... - powiedziała niepewnie. Źrenice mi się rozszerzyły.
- Bring....była wspaniała... - powiedziałam cicho. Przypomniałam sobie to, kiedy pierwszy raz przyszłam do stada, byłam ranna i chora. Bring zajęła się mną jakbym już wtedy była członkiem stada, zamiast mnie wypędzić.
- Znałaś ją? - zapytała młoda Alfa.
- Oczywiście. - spojrzałam jej w oczy. - To ona przyjęła mnie do stada...
Klacz pokiwała głową.
- Dobrze. Chodź za mną. - powiedziała z wymuszonym uśmiechem. - Poznać cię ze wszystkimi?
Serce znów mnie zakuło...
- Nie, nie musisz....wszystkich znam. - powiedziałam. Klacz zaprowadziła mnie do jaskini. Nie była to ta sama, w której wcześniej mieszkałam.
- Dzięki. - mruknęłam. Obie wyszły, a ja położyłam się na zimnych kamieniach, nie mając siły nawet sobie urządzić wszystkiego. Po co ja w ogóle tu wróciłam? Czego oczekiwałam od Corrada...w sumie, od wszystkich? Co oni o mnie myślą? Z tymi wszystkimi pytaniami w głowie zasnęłam, zapominając o zimnie.

Corrado? Snow Flame? Ktoś tu jeszcze nie jest moim wrogiem? XDD

piątek, 13 listopada 2015

Od Corrado C.D. Skylor

Od rana zanosiło się na burzę. Nic nowego przecież w sercu Corrado taka burza trwała nieustannie odkąd Skylor odeszła. Ogier nieustannie jej szukał. Bał się o nią. Zniknęła tak nagle... Stado przeszukało cały Terrian w poszukiwaniu klaczy - na próżno.

   Od tego czasu dużo pozmieniało się w życiu konia. Trzy miesiące po jej zaginięciu przestał miewać myśli samobójcze które mogłabym rzec, że jestem prawie pewna.. Nie zrobiłby tego. Jest zbyt silny psychicznie. Po czterech miesiącach zaczął się coraz lepiej dogadywać z Snow Flame, a wtedy całe stado po prostu zniknęło oprócz kilku przypadkowych koni. Przywódczynią została wtedy jego przyjaciółka, córka Hori i Eagle - Roxolanne. Życie toczyło się dość ciężko i powoli. Corrado każdą wolną chwilę spędzał ze Snow, która dziś jest kimś więcej niż tylko koleżanką...

 ***

Corrado wzdrygnął się słysząc huk pioruna. Jeden i następny. Otworzył leniwie oczy, wstał i podszedł do lustra. Czy ukazał mu się obraz nędzy i rozpaczy? Nie. Nie popadajmy w takie skrajności. Obmył wodą ze strumyka pysk i wyjrzał za drzwi. Błyskawice, jedna po drugiej przeszywały nieboskłon. Przymrużył oczy i na tle lasu dostrzegł jakąś postać.
- Snow?- krzyknął próbując zagłuszyć odgłos urwanej chmury. To była Flame.
- Corrado! Nawet nie wiesz jak zmokłam. - oznajmiła gdy weszła do jaskini.
- Właśnie widzę. Siadaj.  -rozkazał idąc do kuchni. - Będziesz chora.
- ale gdzie tam.
- Jak się tu w ogóle znalazłaś? - zapytał nie dowierzając
- Nie mogłam spać więc się przeszłam. Byłam na łące nieopodal gdy zaczął lać deszcz. Nim zdążyłam dobiec do Ciebie, wyglądałam już TAK. - podkreśliła ostatnie słowo i z grymasem wskazała na siebie. Ogier podał jej gorący napar z liści herbaty i okrył kocem.
- Nie przestaje lać, więc chyba zostaniesz.
- Na to wygląda. - wyglądało na to, że klaczy pegaza uśmiechał się ten pomysł. Corrado z resztą też nie miał nic przeciwko. Nie miał miejsca do spania dla dwóch koni więc położyli się razem.


***

Klacz spała dłużej niż ogier, który zdążył już iść na łąkę. Gdy się ocknęła, dołączyła do niego
- Dzień dobry. - oznajmiła z uśmiechem.
- Hej, Snow. Smacznego.
- Dzięki, nawzajem. - zaśmiała się i zaczęła jeść. W tym momencie ich pyski prawie się zetknęły. Oboje podnieśli łby. Rytm ich serc znacznie przyśpieszył. Jeszcze tylko trochę i... Jeszcze centymetr.. Ich wargi zetknęły się ze sobą całując. Corrado po chwili przerwał.
- Snow, ja nie mogę. - rzucił szybko.
- Tak.. wiem. Skylor. - westchnęła. - Ty wciąż o niej. Ale nie martw się. Kiedyś wróci. - uśmiechnęła się słabo i rzekła - Ok. Muszę już iść do pracy. Jak coś to zawsze możesz wpaść i pogadać. - ponowiła uśmiech i odeszła. - Ale nie trać nadziei, okay? - szepnęła patrząc koniowi w oczy i odeszła.
- Sun, proszę.. Jeśli Acoose zabrał Skylor, to spraw żeby ją oddał.. A jeśli nie, daj mi znak i wskaż mi do niej drogę... - westchnął i popatrzył w niebo. Wątpił aby to coś dało. Nigdy by nawet już nie przypuszczał i marzył o ich spotkaniu. Nagle usłyszał czyiś krzyk. Ktoś cwałował w jego stronę. Nim zdążył się obrócić, ktoś dosłownie go przewrócił i wtulił się w jego grzywę płacząc i krzycząc coś, czego wtedy jeszcze nie rozumiał.
- Sky? - wykrzyknął nie wierząc własnym zmysłom. - To na prawdę Ty?

Skylor? :V Kto powiedział, że będzie łatwo? To za karę, że uciekłaś xD

Od Skylor do Corrado

Wędrowałam już długo w poszukiwaniu miejsca, w którym się wychowywałam. Czułam, że jestem już blisko.
Pewnego normalnego, słonecznego poranka zaczęło mnie boleć serce. Nie, to żaden zawał...Po prostu przypomniałam sobie o Corradzie. Tęskniłam za im tak okropnie, że ni byłam w stanie wytrzymać. Z bólem podniosłam się i już zamierzałam ruszyć dalej, gdy nagle obok mnie na gałęzi wylądował jakiś kolorowy ptaszek. Zmusiłam się do uśmiechu.
- Cześć...Jak leci? - spytałam, bo nic więcej nie przychodziło mi do głowy.
- Sky, dobrze wiesz, że nie o tym muszę ci powiedzieć. - powiedział znacząco. Westchnęłam.
- Heaven Hooves. - oznajmił poważnie. - Musisz wrócić. Corrado prawie umiera z tęsknoty.
Zrobiłam wielkie oczy.
- Corrado?! Umiera?! Prowadź!!!
Zaczęliśmy wracać. Ptak prowadził mnie w stronę stada, a dzięki temu, że znał drogę, zajęło nam to niecały tydzień. Pogalopowałam w stronę znajomego źródła i zaczęłam łapczywie wciągać wodę. Nie wiedziałam kiedy, ale ptaszek zniknął. Podniosłam głowę i zaczęłam iść dalej. Wiedziałam, że za chwilę wkroczę na tereny stada. Nagle z oddali zobaczyłam niewyraźny, brązowy kształt. Podeszłam bliżej i ujrzałam, że jest to gniady koń. I wtedy go rozpoznałam...
- Corrado!! - wrzasnęłam i płacząc zaczęłam cwałować do niego. Rzuciłam się na oszołomionego ogiera prawie powalając go na ziemię i wtuliłam się w jego grzywę. 
- Przepraszam...proszę, proszę, wybacz mi... - wychlipałam i zaczęłam wypłakiwać się w jego grzywę.

<Corraduś? :3>

Skylor

Skylor powraca! Corrado? Wybaczysz jej?


Imię: Skylor
Płeć: Klacz
Wiek: 3,5 lat
Rasa: Pegaz
Hierarchia: Morderca
Cechy charakteru: Skylor to klacz o ciepłym i dobrym sercu. Jednak potrafi postawić na swoim i jest pewna siebie. Kiedy już kogoś pokocha, nie opuści go do śmierci. Potrafi kochać jak nikt inny. No ale cechami Skylor są nie tylko zalety. Kiedy naprawdę się wścieknie, potrafi zabić. Kiedy jest sama, zabija co popadnie, to jej pasja...
Rodzina: Jej rodzina umarła, jedynym, kogo pamięta jest stara wilczyca, która ją wychowywała.
Partner: Z całego serca chce wrócić do Corrada...jeśli tylko on wybaczy jej nieobecność.
Historia: No więc...urodziłam się w zwyczajnym stadzie, jako młoda alfa. Moi rodzice byli przywódcami stada, wszystkim powodziło się dobrze. Jednak pewnego dnia stado zaatakowała epidemia straszliwej, śmiertelnej choroby, na którą tylko ja byłam odporna. Mój ojciec umierał jako ostatni. Kazał mi wynosić się z terenów stada i nigdy nie wracać, abym nie umarła na tę chorobę. Z płaczem uciekłam i wędrowałam po świecie. Pewnego dnia, kiedy prawie padłam z głodu i wyczerpania, znalazła mnie pewna stara i mądra wilczyca, która wychowała mnie i nauczyła wszystkich przydatnych rzeczy. No ale, wiadomo, nikt nie jest nieśmiertelny. Wilczyca również umarła, ale z uśmiechem na ustach, będąc pewna, że będę bezpieczna i że spełniła swoją rolę w moim życiu. Odeszłam z tamtego miejsca i po pewnym czasie znalazłam HH. Dołączyłam na krótki czas, bo miałam dziwny sen, który kazał mi natychmiast udać się do miejsca, gdzie zmarła wilczyca. Jednak, straszna tęsknota za Corradem, którego kocham, nie dawała mi spokoju. Postanowiłam wrócić...i ponownie dołączyłam do HH.
Nadzwyczajne umiejętności: Potrafi oddychać pod wodą, latać bardzo wysoko, tam, gdzie zapewne zwykły koń by się udusił, jest też zmiennokształtna.
Pochwały/Upomnienia: 0/0
Właściciel: ~Maja~

niedziela, 1 listopada 2015

Od Wind Mystery C.D. Eclipse

Moje wargi złączyły się na dwie, długie sekundy z wargami Eclipse. Gdyby nie sierść cała byłabym czerwona jak dojrzały burak. Tak czułam to samo, tylko chyba nie chciałam się do tego przyznać przed samą sobą. Nie doznałam nigdy takiego uczucia. Oczywiście to co innego niż miłość, którą okazywałam Marry, ale… Tak samo mocna. Moje spojrzenie ciągle było skierowane na podłogę. Ja nie wiedziałam co zrobić, powiedzieć. Aż w końcu podniosłam wzrok, spojrzałam koniowi głęboko w oczy i odparłam:
-Dziękuję.
Eclipse uniósł jedną brew, nie przesuwając głowy nawet o milimetr co sprawiało, że czułam na sobie jego ciepły oddech. Uśmiechnęłam się lekko i znów spuściłam wzrok lecz zaraz go podniosłam.
-Za to, że jesteś. Wiem, że brzmi to banalnie, ale można powiedzieć, że… Odmieniłeś moje… życie. Okłamywałam się mówiąc, że jesteś moim przyjacielem. Bo… Wiesz. Jesteś kimś innym.- odparłam, a na moje usta wkradł się uśmiech.
-Nie wiem czy innym to dobrze, bo wiesz… Inny to może być na przykład wróg.- zaśmiał się.
Tym razem to ja pocałowałam jego. Uśmiechnęłam się i popatrzyłam mu w oczy. Po chwili ciszy ruszyliśmy bez słowa przed siebie. Mój mózg nie ogarniał tego co przed chwilą się stało. To było tak jakby wycięte z całego życiorysu. Słowa Eclipse przed pocałunkiem i sam pocałunek. Tak jakby to się wydarzyło tylko w mojej głowie, ale nie. To się działo naprawdę. NAPRAWDĘ. Przesunęłam za pomocą mocy skałę, a gdy wyszliśmy z jaskini ponownie zamknęłam przejście. Jasność uderzyła nas w oczy i musieliśmy na chwilę przymknąć oczy. Nie odzywaliśmy się, bo nie było trzeba. Nuciłam sobie w głowie mi tylko znane melodyjki. Podskakiwałam lekko co jakiś czas, aż w końcu usłyszałam serdeczny śmiech ogiera.
-Odmłodniałaś?
-A żebyś wiedział!- krzyknęłam i pokazałam mu język.
Trąciłam go pyskiem i krzyknęłam:
-Ganiasz!
Ruszyłam z kopyta przed siebie. Galopowaliśmy razem po wielkim lesie. Słyszałam tęten kopyt ogiera, więc przyspieszyłam jeszcze bardziej, ale mimo wszystko po chwili on złapał mnie. Zrobilismy kilka wymiań, a potem zmęczeni zwolniliśmy. Dyszeliśmy głośno, ale raz po raz wybuchaliśmy śmiechem z byle powodu. Kilka minut później dotarliśmy wolnym kłusem nad Jezioro Amora. Zatrzymaliśmy się przy brzegu. Różowe listki drzew tańczył na wietrze, a tafla wody falowała nieznacznie. Oprócz nas nie było tu nikogo. Uśmiechnęłam się delikatnie do Eclipse, a on do mnie.

[Eclipse? BW ;-;]

Zapraszamy!

Czwarta odsłona Heaven Hooves pod drugim adresem bloga zostaje otwarta! Starzy, nieaktywni członkowie zostali usunięci łączne ze starymi przywódcami. Od dziś przywódczynią zostaje córka Eagle Eye i Bring: Roxolanne. No cóż, kochani.. Życzę Wam świetnej zabawy i wielu wspólnych opowiadań!
~~Roxolanne 

piątek, 23 października 2015

Od Eclipse C.D Wind Mystery

Zaraz po tym jak klacz przyniosła mi wodę, podziękowałem jej skinięciem głowy i zaczerpnąłem krótki łyk. Moja towarzyszka ponownie zagłębiła się w rozmowę z Marry. Oboje wesoło gestykulując, rozprawiały o życiu w Mieście Dusz. Ja natomiast z uśmiechem obserwowałem Wind. Wyglądała na niesamowicie szczęśliwą, gdy ujrzała swą matkę na festiwalu. Przez pewien moment mógłbym nawet rzec, iż poczułem niewielkie ukłucie zazdrości. Choć Marry nie żyła, Mystery miała za młodu kogoś, kto ją wspierał i się nią opiekował. Osobiście nie wyobrażam sobie osoby która posiadałby podobne uczucia w stosunku do mnie. Zamyśliłem się. Wcześniej nie często rozmyślałem o tym, jak by to było, gdybym żył normalnie. Jednakże nie szczególnie widziałem się na obrazku takiej szczęśliwej rodziny. W kolejnym odstępie czasu niewiele się działo. Może z wyjątkiem tego, iż szklanka, w której otrzymałem wodę, zaczęła schnąć. Zegar dawno wybił godzinę dwunastą i z charakterystycznym dźwiękiem zmierzał do wskazania pierwszej w nocy...
- Obiecuję, że będę Cię często odwiedzać.- usłyszałem, gdy Wind wstała z sofy.- Teraz przynajmniej wiem gdzie. Tak bardzo cieszę się, że cię spotkałam.
Klacze uścisnęły się, a zaraz później właścicielka domu odprowadziła nas do wyjścia.
- Miło było Cię poznać.- rzekłem, skinąwszy głową w stronę Marry.
- Liczę, że będziecie mnie odwiedzać.- uśmiechnęła się.
- Oczywiście, że będziemy.- roześmiała się Wind. 
Pożegnaliśmy się i kilka chwil później już szliśmy uśpioną drogą miasta. Nasze kończyny wydawały charakterystyczny dźwięk na brukowej kostce. Jasne światło lamp prowadziło nas w stronę bram krainy. Nie rozmawialiśmy wiele. Wystarczyły tylko spojrzenia, które krzyżowały się co kilka kroków, aby zaraz potem jedno z nas odwróciło głowę. Mięliśmy smoczycę strzegącą miasta nie cały kwadrans później. Znaleźliśmy się w magicznym lesie i po kilkunastu metrach znaleźliśmy się na rozwidleniu dróg. Weszliśmy na nie całkiem stabilny most obrośnięty kępkami mchu. Widać je było za pośrednictwem błękitnych promieni przebijających się przez wyraźnie, wieloletnie drzewa.
- Dziwnie się zachowywałeś u Marry.- rzekła Wind spoglądając w moim kierunku.- Wydawałeś się nieobecny. Jakbyś był tam tylko ciałem. 
Nie odwracając wzroku od mostu, zmrużyłem lekko oczy i machnąłem ogonem. 
- Coś się stało? -zapytała klacz, w dalszym ciągu nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Nic.- uśmiechnąłem się delikatnie.
- Daj spokój. Przecież widziałam, że nie byłeś rozluźniony. 
Zignorowałem jej słowa i nie rozpraszając się, w dalszym ciągu starałem się kroczyć drewnianymi żerdziami. Dotarliśmy do końca mostu, a następnie lekko z niego zeszliśmy. Niespodziewanie Wind zagrodziła mi drogę.
- Powiedz mi co się stało.- powiedziała cicho, spoglądając w moje oczy. 
Westchnąłem ciężko i przewróciłem oczami.
- Rozmyślałem o tym jakby to było, gdybym także posiadał rodzinę.- Wind rzuciła mi spojrzenie, w którym kryła się ciekawość mieszana z zaskoczeniem.- Stworzył mnie Carus. 
Pomimo zachowania emocjonalnej miny źrenice klaczy zmalały w zaskoczeniu. Otworzyła szerzej oczy i wyraźnie próbowała przetworzyć to, co właśnie usłyszała.
- Przepraszam, że tak dociekałam.- wyrzuciła jednym tchem.
- Nie masz za co. Nie zmieniłbym za nic w świecie swojego życia. Posiadam coś, czego nie chciałbym stracić.
Podszedłem bliżej klaczy, a jej spojrzenie uciekło w dół. Lekko zmrużyłem oczy i przysunąłem głowę bliżej twarzy jabłkowitej, której ciepły oddech wpadł w moją grzywkę. Nasze spojrzenie ponownie się spotkało lecz nie trwało to długo. Delikatnie musnąłem swoimi wargami gorące usta Wind.

[Wind Mystery?]