wtorek, 8 grudnia 2015

Od Roxolanne C.D. Reamonna

- Raczej nie powiem Ci: " Weź, idź kogoś zabij. " To by było tylko na tyle. - skwitowała.
- Yhym. Przejdziesz się gdzieś? - zapytał ogier rzucając jej przelotny uśmiech.
- No nie wiem.. a jeśli będziesz chciał mnie skrzywdzić? - jęknęła ironicznie. Reamonn spojrzał na nią wzrokiem cwanego lisa.
- Najwyżej. - wzruszył barkami i wyszli z cmentarza. Kierowali się w stronę areny, ale jednak po drodze przystanęli na łące gdzie głodni zaczęli jeść śniadanie.
- Podobno każde konie mają jakieś moce, nie? - zagadał nagle. Lanne przełknęła ostatni kęs koniczyny i spojrzała na jednorożca unosząc jedną brew.
- No tak.. a co?
- Jakie masz moce? - przymrużył oczy, jakby chciał to wyczytać z jej twarzy.
- Kineza.  -  odpowiedziała krótko. - oprócz tego wznoszę Księżyc, jak już wiesz i rozumiem mowę innych istot. To by było na tyle.
- Rozumiem. - kiwnął łbem, ale zdziwiony zapytał - a Ty nie chcesz wiedzieć nic o mnie?
- Wiesz.. - pokiwała głową twierdząco - Nie.
- Aha. można i tak.
- Żal mi tylko tej myszy. Ne wiedziała, że zginie. Przynajmniej nie słyszałam jej cichych krzyków.
- Od kiedy jesteś taką obrączynią praw zwierząt? - zagadał, ale to pytanie pozostało bez odpowiedzi. Po chwili znów kłusowali wzdłuż zapomnianej, ale lekko ugniecionej od ich wczorajszych kopyt ścieżki.
- Skąd posiadasz w ogóle taką moc, jesteś Panią Księżyca? - Reamonn zatytułował Roxolane nie dając za wygraną. - przecież obowązek wznoszenia go na nieboskłon należy do zajęć Monn'a..?
- Nie jesteś czasem zbyt mądry? O ile mi wiadomo zabawa śmiercią to specjalizacja syna Caruso..
- Acoose? Dobry znajomy. - zażartował unicorn.
- Więc masz już odpowiedź. - dobitnie oznajmiła i zmierzyła towarzysza wzrokiem nie przestając dłumnie kłusować przed siebie.

Reamonn? Przepraszam za długość :C

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Nowa Klacz!

Powitajmy Nephilima ( :o ) Reję! ... Kojarzy mi się z Biblią, Mojżeszem itd..


Imię: Reja
Płeć: ♀
Wiek: nieśmiertelna
Rasa: Nephilim
Hierarchia: morderczyni
Cechy charakteru: Reja jest jednym z tych okazów kryjących się za maską. Umiejętność panowania nad sobą została przez nią doprowadzona niemal do perfekcji. Ciężko jest ją zdenerwować, ale jeśli już się to komuś uda to bez wideł się nie zbliżaj. Tajemnicza, chłodna, cicha, inteligentna… Mimo to jest również troskliwa i opiekuńcza. Gdzieś w jej środku kryje się romantyczna i czuła klacz. Przyjaciół przedkłada ponad wszystko nawet swoje życie. A jeśli o walkę chodzi… przywdziewa maskę bezwzględności, okrucieństwa i sadysty. Choć tego ostatniego stara się w miarę możliwości unikać. Warto też wspomnieć, że jest niezwykle silna psychicznie, złamanie jej czasem graniczy z cudem choć nie jest niemożliwe.
Rodzina: brat: Kronos , siostra: Eirene
Partner: szuka
Historia: Urodziła się we wspaniałej, szlachetnej rodzinie. Po śmierci rodziców najstarszy z rodzeństwa przejął władzę nad stadem. Ha no mure rozrosło się niesamowicie. Została morderczyniom. Na jednej z misji poznała pewnego ogiera… Zbliżyli się do siebie na tyle by uśpić jej czujność. Wracając do domu zostali złapani w pułapkę. Na szczęście udało im się uciec ( jej i przyjaciołom z którymi była ). Po pewnym czasie stado zostało zaatakowane, a Reja porwana. Po śmierci ogiera, który ją więził powróciła do stada. To co tam zastała… Starsza siostra próbując znaleźć winnego bólu zadanego stadu więc oskarżyła ją o to co się stało. Eirene odeszła przysięgając, że gdy znów się pojawi Reja zginie z jej kopyt. I tak oto po wielu ( bo ponad 70 ) latach starsza wróciła. Kronos stanął w obronie młodziutkiej klaczy. Jednak oboje zdawali sobie sprawę, że Eirene jako druga w kolejności ma prawo decydować o stadzie i koniach w nim. Chciała skazać siostrę na śmierć jednak brat powstrzymał ją mówiąc, że najmłodsza sama odejdzie. Reja zgodziła się bez najmniejszego ale. Razem z nią poszedł Shinigami Yukari. To on przyprowadził ją do tego stada.
Nadzwyczajne umiejętności:
- przybiera formę w pełni rozwiniętego Nephilima,
- przemieszczanie się w postaci: płatków kwiatów, mgły, lekkiej mgiełki o zapachu wanilii.

Pochwały/Upomnienia: 0/0
Właściciel: Jańorginal

od Réamonn'a CD Roxolanne



Tygrys zawisł przez chwilę w powietrzu. Po chwili coś trzasnęło i rozpadł się na kości, które potoczyły się po placu. Odwróciłem się i spojrzałem w jej stronę. Uśmiechnąłem się i szarmancko potrząsnąłem grzywą.
- Dzięki, Było blisko - pomyślałem, że tym razem pozwolę jej poczuć się dumną i lepszą odemnie.
- Jesteś chory? Najpierw wychwalasz moje oczy a teraz tak mi ulegasz? - na pysku klaczy pojawiła się podejrzliwa mina. Podszedłem do barierki i wskoczyłem na górę po leżącym przy niej kamieniu. Minąłem Roxolanne bez słowa. Kiedy jednak obok niej przechodziłem pacnąłem ją lekko moim długim ogonem po pysku.
- Przecież mnie nie znasz. Nie wiesz jaki mogę być naprawdę.
- Ahhhh... - opuściła głowę. - Mógłbyś zachowywać się normalnie? - powiedziała poirytowana.
- Niech no pomyślę... - skupiłem wzrok na jednym z filarów udając zamyślonego. - Nope. Pani szlachetnie urodzona... - odwróciłem głowę w jej stronę i uśmiechnąłem się jak jakiś szaleniec.
- Réamonn... - powiedziała ostrzegawczym głosem.
- Ekhym - odchrząknąłem. - Nie Reamonn. Ramon. R-A-M-O-N - przeliterowałem jak profesor podczas wykładu.
- Panie Ramon... - podeszła bliżej i zatrzepotała rzęsami.
- Hmmm...? - zbliżyłem swój łeb do jej uśmiechając się nonszalancko.
- Mógłbyś się nie rządzić jak kwoka na grzędzie?! - krzyknęła mi do ucha.
- Owwww... - przyłożyłem nogę do głowy udając, że ogłuchłem. - Ymmm... Postaram się - podniosłem głowę i puściłem jej przelotny uśmiech. - Jutro też tu przyjdę i mam nadzieję, że cię tu zobaczę! - krzyknąłem wybiegając z areny. Spojrzałem za siebie i zobaczyłem jak macha mi ogonem. Szybko jednak odwróciłem wzrok. Była już późna godzina. Naprzeciw mnie ogromny pomarańczowy krąg szykował się do spania. Jego miejsce miał zastąpić księżyc.

,,Nieskalanie biały i lśniący, niczym jego pani''

Dotarłem do pierwszych drzew porastających mój las, kiedy było już prawie ciemno. Mogłem uznawać to miejsce za swoje, ponieważ i tak nikt tutaj nie przychodził.
- Przydałoby się wymyślić jakąś nazwę... - mruknąłem do siebie i uśmiechnąłem się pod nosem. Nagle zatrzymałem się gwałtownie. Mój obraz przed oczami się rozmazał, a nogi wydały się jak w waty. Z trudem utrzymałem równowagę. - Co-co... się dzieje? Czemu ja się... uśmiecham? - No właśnie. Czemu ona sprawia, że zawsze chcę żartować. Jak dawno ja się tak śmiałem? Zanim jeszcze to się stało pewnie... (chodzi o fragment z zabicie brata). Zdezorientowany i zmęczony postanowiłem przestać myśleć. Opuściłem smętnie głowę, zapominając o wszystkim i powlokłem się wolnym krokiem na Cmentarz.
Podróż ta zajęła mi całkiem sporo czasu, ponieważ kiedy dotarłem na miejsce księżyc świecił równo nade mną. Oparłem głowę o ramię zamszonego pomnika i zasnąłem.
Obudziła mnie mysz biegająca radośnie wokół moich kopyt.
- Yaawn - ziewnąłem. Miałem ochotę pospać dłużej. Zły na mysz opuściłem kopyto z impetem, tak, że mysz rozprysła się na wielką plamę. Uśmiechnąłem się ironicznie, wydychając woń krwi. Rozejrzałem się. Mój wzrok napotkał ścieżkę. Nie jakąś specjalną, zwykła, z nierównych kamieni. Zawsze jedna słychać było tupot kopyt truchtających po nich. Przyszła mi na myśl Roxolanne. To prawda, udało jej się mnie zmienić w prosty sposób. Zostałem bardziej otwarty na innych. Przeniosłem swój wzrok po nogi, na mysz, albo raczej to co z niej pozostało.
- Jednak charakter zabójcy mi się nie zmieni. Zabijanie jest przecież przyjemne - uśmiechnąłem się.
- Co jest przyjemne? - za mną odezwał się znajomy głos. Odwróciłem się. Za pomnikiem stała biała klacz. Uśmiechała się. W pysku trzymała rulon papieru przewiązany czerwoną wstęgą. Podeszła i podała mi go. Zaintrygowany rozwinąłem i przeczytałem tekst napisany starannymi literami.

,,Niniejszym Ogłaszam Réamonn'a Adalmite Arcadię oficjalnym Mordercą stada Heaven Hooves Forever,
Roxolanne''

- Wczoraj całą noc się zastanawiałam co wybrać, żeby cię usatysfakcjonować. Wtedy to przyszło mi do głowy.
- Ale... To nie jest... Niebezpieczne? - mruknąłem spoglądając znad pergaminu.
- Byłoby bardziej niebezpiecznie gdybym ci tego stanowiska nie dała - skwitowała wskazując wzrokiem plamę po myszy. Zaśmiałem się pod nosem.
- Haaa... To co? Co mam teraz robić pani dowódco? - uśmiechnąłem się i potrząsnąłem grzywą.

<Roxolanne>

niedziela, 6 grudnia 2015

Od Roxolanne C.D. Reamonn'a

  - Woa. - podsumowała krótko.  Zrobiła to tak wymownie, że trudno było rozeznać czy wypowiedziała to szczerze, czy z sarkazmem.
- Fajne miejsce. Będę tu przychodził. - oznajmił ogier.
-  Zapamiętaj: Jeśli Reamonna nie będzie na cmentarzu, to szukaj go na arenie. - powiedziała jakby do samej siebie.
- Heh. - zaśmiał się i popatrzył jej prosto w oczy. - Twoje oczy..
- Co? Coś z nimi nie tak? - zapytała, a uśmiech zniknął z jej twarzy.
- Eee.. Co? Nie! Nie.. Tylko one.. coś mi mówią. Bije z nich taka.. mądrość. - stwerdził.
- Nie. To nie możliwe. Ja jestem głupia. - oznajmiła z ironią.
- Ta. - stwierdził równie poważnie i przewrócił oczyma. Klacz zrobiła to samo. - Gdybym Ci coś teraz zrobił.. - zmienił temat. - To byłabyś skazana na mnie. Nie ma tu nikogo, jesteśmy daleko od reszty, a na dodatek jesteśmy sami.
- Na to wychodzi. - stwierdziła obojętnie. Ogiera bardzo dziwiła ta obojętność i brak strachu w jej oczach. Była inna od reszty. Od koni, które już zabił. Roxolanne była jedyna w swoim rodzaju. Odważna i stanowcza.  Nie wiedział jednego: Nad tą siwą klaczą czuwały całe zastępy bóstw, gotowe pomóc jej w każdym momecie. Lanne jest przecież wnuczką Atlantici, Pani Wszystkich Narodów, prawnuczką  Ember - Bogini Nirvany i Fall'a - Boga Zdrowia i Honoru. Jej korzenie sięgały samej Sun. Tylko nieliczne konie o tym wiedziały. Byli to najstarsi ze stada HH oraz.. ,a no właśnie. White Shadow. Ona wszędzie wpycha swoje ciekawskie chrapy.
- Jesteś inna. Szczera i bez pretensji. Podoba mi się to.  Nie boisz się nawet mnie.
- To było wyzwanie? - zapytała. Zaśmiał się.
- Nie. Nie zrobiłbym Ci krzywdy.
- I właśnie dlatego wiem, że nie jesteś niebezpieczny. - uśmiechnęła się. Podstępem przekonała nawet niego, że nic jej nie zrobi.  - Muszę iść. Jeśli chcesz, to chodź ze mną, a jeśli nie to pozabijaj jeszcze trochę szkiletów.
- Dzięki. Zostanę. - wskazał na ostatni szkielet tygrysa w drugim kącie areny. Szczątki zwierzęcia nagle rzuciły się do przodu, gdy Reamonn nie patrzył i rzuciły się na niego, gdy tylko klacz zdążyła krzyknąć: UWAŻAJ! Reamonn gdy tylko zauważył jej minę, nim jeszcze spostrzegł zwierze, przywołał swój miecz  i wbił go między żebra zwierzęcia blokując jego ruchy w tylnich kończynach.

<Reamonn?>

Od Skylor C.D. Corrado

Skylor czuła, jak rozrywa jej się serce. Nie chciała się z nim spotykać. Nie teraz. Nie teraz, kiedy jest w tym stanie. Było jej naprawdę ciężko. Bardzo przeżywała tę chwilę. Przez ułamek sekundy całe życie przeleciało jej przed oczami. Jak dołączyła do stada, zakochała się w Corradzie, potem on w niej i te cudowne chwile razem....A potem ten głupi, przeklęty sen zniszczył całe jej życie. Dosłownie CAŁE. Musiała odejść od ukochanego bez słowa pożegnania. Bez słowa wytłumaczenia. Była na siebie wściekła. Jak można postąpić tak okropnie? Jak ona mogła....skrzywdzić tyle koni?! Była głupia i bezmyślna...była okrutna. Miała gdzieś, co pomyślą o niej członkowie stada. Wtedy...liczyła się tylko matka.
Nie pomyślała o tym, jak straszliwie zraniła Corrada. Przez nią on prawie się zabił. I tak, była wdzięczna Bogu, że ogier postanowił zacząć wszystko od nowa. Znów się poznać, znów zacząć się spotykać...jak za dawnych, dobrych lat. On...chciał zapomnieć o tym, co się wydarzyło. A to świadczyło o tym, że ma ogromne serce, które naprawdę potrafi wybaczyć.

<Corrado? Wiem, trochę to dziwnie wyszło no ale cóż...XD>

Od Reamonn'a CD Roxolanne

Słońce powoli wschodziło, lekkimi promykami oświetlając gałęzie. Cały las wypełnił się zapachem wilgotnego mchu i kory. Jedynymi słyszalnymi dźwiękami było trzaskanie suchych gałęzi, szum liści i odgłosy biegających po kamiennej ścieżce gryzoni. Mi to jednak nie przeszkadzało.
Tak, to ja. Szalony koń, bez piątej klepki, mający obsesję na punkcie zabijania. Albo raczej nawyk. W skrócie, jestem Réamonn. Tak, to ten, ten nowy. Mieszkam na cmentarzu, więc jak ktoś ma ochotę zmarnować pół dnia na tułaniu się przez las, żeby mnie odwiedzić w mojej samotni to wie gdzie mnie szukać. W końcu co złego w mieszkaniu na cmentarzu? Przynajmniej moi zmarli sąsiedzi nie będą narzekać na hałas w środku nocy, a jeśli chce to mogę urządzić z nimi własną imprezkę. Jak, zapytacie? Proste. Jestem Nekromantą. W skrócie - ożywiam trupy. I wszystko co jest z tym związane. Moja obsesja do zabijania wywodzi się, więc z mojej natury. Jednak oprócz tego ciągnie mnie też bardzo do broni i walki...
Spędzałem właśnie upojny poranek pogrążony w rozmyślaniu, kiedy w oddali usłyszałem tupot kopyt.
- Nadal nie zamierzasz się przeprowadzić? - przywitała mnie moja ulubiona przywódczyni
- Nieeeeeeeee.... - odpowiedziałem jej głębokim ziewnięciem
- Dobrze się już czujesz? Nie sądziłam, że jesteś tak wrażliwy na glos Snow. - mruknęła uszczypliwie.
- Oj, chciałabyś - odciąłem się krótko. - Co cię dzisiaj sprowadza do mojej samotni, gdzie słyszę tylko głos wiatru wiejącego pomiędzy drzewami! - zagrałem teatralnie
- Idiota. - odcięła się - To chyba jasne, że powinnam się martwić o członka stada. - prychnęła - A tak na poważnie, to przyszłam, bo zapomniałam pokazać ci pola do walk. Słyszałam od Corrada, że bardzo lubisz walczyć.
- Raczej. - uśmiechnąłem się - To idziemy?
- Yhym - pokiwała głową i ruszyła ścieżką. Miałem wrażenie, że jak najszybciej pragnie opuścić to miejsce.
Po kilku godzinach truchtu dotarliśmy na obszerną arenę walk.
. Przypominała koloseum, a jej były już nadkruszone zębami czasu. Trybuny były misternie rzeźbione w ogromnych głazach, lecz gdzieniegdzie deszcz wypłukał szerokie szczeliny. Głowna część areny - plac, pozostał w nietkniętym stanie. Ziemia była równa, nie było dużych nierówności. Pięć wejść otoczone zdobionymi kamieniami było zamknięte ciężkimi, stalowymi kratami.
- Woah - poczułem jak serce zaczyna mi szybciej bić. Uwielbiam stare zabytki, a areny walk podniecają mnie jeszcze bardziej.
- Co prawda nikt z nas raczej z tego nie korzysta. Nie ma w kim walczyć itp. Pozatym pokój lepszy, nie? - Roxolanne skomentowała mój zachwyt.
- Żartujesz?! Wooo Hoooo! - za radosnym okrzykiem zeskoczyłem na plac. - Zabawę czas zacząć!
- Yhymm - klacz spojrzała na mnie, a potem podeszła do trybuny. - Ale ja nie walczę.
- A czy ktoś cię wyzywa? -spojrzałem na nią kątem oka. Uśmiechnąłem się i zanim zdążyła coś powiedzieć przyzwałem mój miecz. - Kris ros as!
- Ha? Mówiłam, że nie... - Roxolanne odwróciła się w moją stronę z zaciekawieniem przyglądając się mieczowi.
- Tarte, fa ris! - wykrzyknąłem. Na początku miałem nadzieję, że znajdę coś takiego w tym miejscu. Na szczęście moje przeczucia potwierdziły się. Z podziemnych wejść, poprzez okienka w kracie zaczęły przełazić najróżniejsze szkielety. Były to głównie szkielety lwów i koni, ale było też kilka innych, egzotycznych stworzeń. Złapałem w pysk moją lancę lewitującą koło głowy i ustawiłem się w pozycji bojowej. - Kto pierwszy? - rzuciłem wyzywająco. Do przody wysunął się masywny szkielet lwa o grubych kościach. Kiedy nie miał skóry trudno było stwierdzić, czy był to samiec, czy samica. Spojrzałem za siebie, na Roxolanne. Na początku trudno było mi się nie roześmiać, ponieważ a mną stała, z otwartym pyskiem moja kochana Roxo. Nie wiem co ją bardziej zdziwiło. Moja znajomość dziwnego języka, miecz, czy może stojący przede mną lew. Postanowiłem jednak narazie skupić się na pokonaniu przeciwnika.
Rzuciłem się do ataku, tnąc powietrze długim ostrzem. Pod moim naporem kości z łatwością pękały i spadały na ziemię. Już dawno nie czułem się tak dobrze. Wprawdzie brakowało mi takich elementów jak bryzgająca na wszystkie strony krew, czy okrzyki bólu przeciwnika. Uważam jednak, że mimo to była to jedna z nielicznych czynności, które sprawiły mi przyjemność i odrywały od zwyczajnego toku myślenia.Tym właśnie jest dla mnie walka. To czas, kiedy przestawiasz swój mózg na inne fale, ze standardowych na walczące. Nie martwisz się uczuciami, przyziemnymi sprawami, problemami. Skupiasz się na przeciwniku, próbując przewidzieć jego ruchy oraz planujesz swoje w czasie następnych 20 sekund. Nawet po 5 minutowym pojedynku jesteśmy zmęczeni, a to dlatego, że nie tylko nasza siła pracuje, ale i mózg.
Po około 4 minutach stałem sam na środku placu. Przez otwory w ścianach wdarł się gwiżdżący wiatr podwiewając moją grzywę i pelerynę. Wokół mnie leżały szczątki połamanych kości. Dwoma słowami przywróciłem miecz do niematerialnej postaci. Odwróciłem się powoli w stronę Roxolanne i powoli się uśmiechnąłem.
- I jak? - spytałem podchodząc wolnym krokiem do barierki.

<Roxolanne>

piątek, 4 grudnia 2015

Od Reamonna C.D. Roxolanne do Corrado


Mam nadzieję, że treść nikogo nie urazi, ja naprawdę nie myślę źle o stadzie. Po prostu trudno jest się przestawić po byciu zabójcą.



Nagle las wypełniła cisza. Ptaki ucichły, wiatr przestał szumieć gałęziami. Po chwili cisza przerodziła się w przeraźliwe jęki i zażalenia w wielu nieznanych językach. Napawały one każde serce trwogą i niepokojem, a niosły się bardzo daleko. Wtem z pomiędzy drzew bezszelestnie wyłoniła się smukła postać. Miała szaro-siwą sierść, a jej grzywa i pastelowo-granatowy płaszcz powiewały dziko, mimo braku wiatru. Najdziwniejsze jednak było to, że konia otaczały przeróżne zjawy. Były pół przeźroczyste, w najróżniejszych kolorach, od żółtego po fioletowy. Przypominały kształtami zwierzęta, z tym wyjątkiem, że wyginały się na najdziwniejsze strony, jakby nie posiadały kręgosłupa. A każdemu z tych ruchów towarzyszył głośny jęk.
- Witam Was Wszystkich. Snow Flame, Corrado, Skylor, White Shadow, Wind Mystery, Eclipse. Nazywam się Réamonn Adalmite Arcadia. Miło was po...
- CO TO JEST?! - spośród grupy dało się słyszeć wystraszony okrzyk.- CO TO ZA UPIORY?! - wrzasnęła Snow Flame występując z tłumu.
- Maaatko. Nie mów tak o nich bo się obrażą... - odpowiedział zadziornie Rey i pogładził kopytem małego, różowego lisa. - Pozatym, liczyłem na cieplejsze powitanie. - na te słowa Roxolanne spojrzała karcąco na Snow Flame, więc ta schyliła łeb i posłusznie się wycofała. Następnie podchodzili do niego inni członkowie stada. Powitanie zajęło im około 2 godziny, więc w tym czasie Lanne zajęła się księżycem. Kiedy wreszcie biały okrąg znalazł się na środku nieba wszyscy stali na polanie patrząc na siebie. Konie zdążyły już przywyknąć do nekromancji, której używał Rey, ale nadal niepokoiła je jego osoba. Cichy nocny wiatr niósł po lesie skrawki rozmów koni. Czasami nocą ciszę przerywały radosne śmiechy. Wszyscy dobrze się bawili.
W pewnym momencie powietrze wypełnił gryzący w nozdrza zapach. Zapach był podobny do spalenizny i zarazem smrodu rozkładającego się ciała. Wszystkim koniom zaczęło robić się słabo. Jeden po drugim upadał na kolana. 
- Co się -khy- dzi -khy- je?! - nagle z lasu wybiegła Roxolanne, kaszląc. Wszystkie konie leżały, lub klęczały kaszląc od dymu. Spojrzała w stronę szarego ogiera, który jako jedyny nie odczuwał skutków dymu. Jego pysk był blady, a oczy ogromne. Obserwował całe zdarzenie, jakby przez sen.
- Z-zn-na l-leźl-lii m-mnie-e... - wymamrotał niewyraźnym głosem.
- Co proszę!? - krzyknęła Roxolanne, upadając na ziemię. Noc nie była już dłużej cicha. Była pełna jęków cierpiących koni. Jeden szary oger stało obok. Szaro-czarny ogier z niebieską peleryną i kwiatem narcyza w czarnej grzywie. Otaczające go stworzenia zniknęły. Nagle źrenice jego oczu zwężyły się. Były pełne furii i gniewu. Nagle Réamonn wymówił kilka słów w niezrozumiałym języku.
- Kris ros as! - nie były to zwykłe słowa, zostały wypowiedziane melodycznym głosem, niczym pieśń. Konia otoczyła jasna aura. Nad jego głową z głośnym świstem pojawiła się długa lanca. Została wykonana z niezwykle długiej kości jakiegoś zwierzęcia. W połowie była obwiązana czarną wstęgą. Jeden koniec był długie ostrze, bardzo cienkie. Drugi zaś stanowił ostry kolec. Réamonn złapał go w pysk. W mieczu odbijał się niewyraźny księżyc.
- Ahaahahahahahahaaaahahh! - zaniósł się głośnym i szalonym śmiechem. Ruszył przez polanę pędząc z ogromną prędkością. Jego miecz przecinał elementy znajdujące się nawet dale niż w jego zasięgu, jakby był on jeszcze o 4 m dłuższy. Przebiegł obok dwóch męczących się koni, przecinając je w połowie. Rozległy się głośne krzyki bólu i strachu oraz donośny śmiech. Splamiony krwią ogier pędził dalej przed siebie, bez trudu rozcinając inne konie. W końcu zatrzymał się nad klęczącą Roxolanne. - I co teraz? Nie przewidywałaś czegoś takiego? No tak. Prawda jest taka, że już dawno utraciłem wiarę w innych. Nie ważne, czy wrogowie, czy stado. Dla mnie moglibyście wszyscy zginąć. - z tymi słowami zaniósł się głośnym śmiechem i wykonał długie cięcie swoim ostrzem.

- AAAAAAAAAAAA! - Réamonn obudził się z krzykiem, cały zlany potem. Nerwowo rozejrzał się po ścianach jaskini. Napotkał wzrokiem brązowego ogiera. Uśmiechał się lekko w jego stronę. - Corrado?
- Jaacie, wystraszyłeś nas brachu! - parsknął Corrado.
- Hę? Co się stało? - Réamonn zbliżył swój pysk do jego.
- Nagle wyszedłeś z lasu jak ten duch, nooo, duchy też tam były. I nagle Snow zaczęła ci wrzeszczeć do uszu, i ty nagle zemdlałeś. - ogier krótko streścił historię - Heh, na przyszłość będę starał się, żeby ma mnie nie krzyczała. - uśmiechnął się.
- A, co z gazem, wszyscy w porządku? - do jaskini wpadły małe promyki słońca. Jeden z nich padł na oko ogiera, który je zmrużył. Pysk Corrado do połowy oświetlony emanował radością i spokojem.
- Miałeś jakiś głupi sen, co? - spytał.
- Raaaczej. Ale to nieważne. Hej, Corrado, tak? - ogier lekko pokiwał głową - Opowiedz mi trochę o stadzie. Widziałem już tereny, i was, ale... Mam wrażenie, że odczuwam to wszystko inaczej. Nie jestem za życiem stadnym. Szukam tylko przygód, czegoś dzięki czemu miałbym powód, żeby żyć.
- Jak chcesz. - odpowiedział Corrado.
- Hyh - prychnął Réamonn - Jesteście trochę naiwni z mojego punktu widzenia. Wierzycie w to co mówię, wierzycie, że mimo mojej przeszłości mogę być lepszy. Nie myślicie o zdradzie? - Réamonn uśmiechnął się ironicznie - W porządku. Powiedz mi czym się normalnie zajmujecie. - ogier wstał i podszedł do wyjścia. Słońce oświetliło jego ciało rzucając mocny cień na ściany jaskini. Jego płaszcz i grzywa lekko powiewały, mimo braku wiatru. - Okej, Corro?


<Corrado>