piątek, 23 października 2015

Od Eclipse C.D Wind Mystery

Zaraz po tym jak klacz przyniosła mi wodę, podziękowałem jej skinięciem głowy i zaczerpnąłem krótki łyk. Moja towarzyszka ponownie zagłębiła się w rozmowę z Marry. Oboje wesoło gestykulując, rozprawiały o życiu w Mieście Dusz. Ja natomiast z uśmiechem obserwowałem Wind. Wyglądała na niesamowicie szczęśliwą, gdy ujrzała swą matkę na festiwalu. Przez pewien moment mógłbym nawet rzec, iż poczułem niewielkie ukłucie zazdrości. Choć Marry nie żyła, Mystery miała za młodu kogoś, kto ją wspierał i się nią opiekował. Osobiście nie wyobrażam sobie osoby która posiadałby podobne uczucia w stosunku do mnie. Zamyśliłem się. Wcześniej nie często rozmyślałem o tym, jak by to było, gdybym żył normalnie. Jednakże nie szczególnie widziałem się na obrazku takiej szczęśliwej rodziny. W kolejnym odstępie czasu niewiele się działo. Może z wyjątkiem tego, iż szklanka, w której otrzymałem wodę, zaczęła schnąć. Zegar dawno wybił godzinę dwunastą i z charakterystycznym dźwiękiem zmierzał do wskazania pierwszej w nocy...
- Obiecuję, że będę Cię często odwiedzać.- usłyszałem, gdy Wind wstała z sofy.- Teraz przynajmniej wiem gdzie. Tak bardzo cieszę się, że cię spotkałam.
Klacze uścisnęły się, a zaraz później właścicielka domu odprowadziła nas do wyjścia.
- Miło było Cię poznać.- rzekłem, skinąwszy głową w stronę Marry.
- Liczę, że będziecie mnie odwiedzać.- uśmiechnęła się.
- Oczywiście, że będziemy.- roześmiała się Wind. 
Pożegnaliśmy się i kilka chwil później już szliśmy uśpioną drogą miasta. Nasze kończyny wydawały charakterystyczny dźwięk na brukowej kostce. Jasne światło lamp prowadziło nas w stronę bram krainy. Nie rozmawialiśmy wiele. Wystarczyły tylko spojrzenia, które krzyżowały się co kilka kroków, aby zaraz potem jedno z nas odwróciło głowę. Mięliśmy smoczycę strzegącą miasta nie cały kwadrans później. Znaleźliśmy się w magicznym lesie i po kilkunastu metrach znaleźliśmy się na rozwidleniu dróg. Weszliśmy na nie całkiem stabilny most obrośnięty kępkami mchu. Widać je było za pośrednictwem błękitnych promieni przebijających się przez wyraźnie, wieloletnie drzewa.
- Dziwnie się zachowywałeś u Marry.- rzekła Wind spoglądając w moim kierunku.- Wydawałeś się nieobecny. Jakbyś był tam tylko ciałem. 
Nie odwracając wzroku od mostu, zmrużyłem lekko oczy i machnąłem ogonem. 
- Coś się stało? -zapytała klacz, w dalszym ciągu nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Nic.- uśmiechnąłem się delikatnie.
- Daj spokój. Przecież widziałam, że nie byłeś rozluźniony. 
Zignorowałem jej słowa i nie rozpraszając się, w dalszym ciągu starałem się kroczyć drewnianymi żerdziami. Dotarliśmy do końca mostu, a następnie lekko z niego zeszliśmy. Niespodziewanie Wind zagrodziła mi drogę.
- Powiedz mi co się stało.- powiedziała cicho, spoglądając w moje oczy. 
Westchnąłem ciężko i przewróciłem oczami.
- Rozmyślałem o tym jakby to było, gdybym także posiadał rodzinę.- Wind rzuciła mi spojrzenie, w którym kryła się ciekawość mieszana z zaskoczeniem.- Stworzył mnie Carus. 
Pomimo zachowania emocjonalnej miny źrenice klaczy zmalały w zaskoczeniu. Otworzyła szerzej oczy i wyraźnie próbowała przetworzyć to, co właśnie usłyszała.
- Przepraszam, że tak dociekałam.- wyrzuciła jednym tchem.
- Nie masz za co. Nie zmieniłbym za nic w świecie swojego życia. Posiadam coś, czego nie chciałbym stracić.
Podszedłem bliżej klaczy, a jej spojrzenie uciekło w dół. Lekko zmrużyłem oczy i przysunąłem głowę bliżej twarzy jabłkowitej, której ciepły oddech wpadł w moją grzywkę. Nasze spojrzenie ponownie się spotkało lecz nie trwało to długo. Delikatnie musnąłem swoimi wargami gorące usta Wind.

[Wind Mystery?]

wtorek, 25 sierpnia 2015

Od Eclipse - Quest "Trop"

Chłód noszony z wiatrem rozszedł się po mym mieszkaniu. Wędrował on kamiennym podłożem, nie chcąc się zatrzymać ani na chwilę. Uniosłem, dotychczas zamknięte powieki w celu dowiedzenia się kto i jakim prawem przerywa mój odpoczynek. Zamiast jednak tajemniczego gościa, przywitał mnie równie znikomy blask. Jego intensywność niemalże natychmiast zmusiła mnie do zmrużenia oczu. Pewnie wstałem ze świeżo usypanej kupki złocistej słomy i kilkoma ruchami głowy przerzuciłem grzywę na jedną stronę szyi. Ciekawość jako pierwsze kazała mi opuścić jaskinię. Cały czas, przymykając oczy, stanąłem w przedsionku, aby móc zaobserwować krajobraz. Śnieg przykrył ziemię na nie mniej niż pół metra. Świerki pokryte były białym puchem, który o dziwo nie odstrzał niemigrujących ptaków.
~To chyba idealna pora na pierwszy zimowy spacer.-przemknęło mi przez myśl.
Delikatnym skokiem przedarłem się przez zaspę, która zdążyła przykryć wejście mej jaskini, tworząc pozory niezamieszkanej. Niemalże od razu moje kopyta wpadły pod grubą warstwę śniegu. Instynktownie poczułem, że najlepiej będzie, jeśli zaraz na początku udam się w stronę gorących źródeł. Tak i zrobiłem. Brodząc w śniegu, wędrowałem w stronę wodospadu. Widoki nie porywały mnie szczególnie. Zima to w końcu pora jak inna. Postawiłem kolejny krok, gdy nagle moja noga natrafiła na zgrubienie. Poślizgnąłem się i wylądowałem kawałek dalej, jednakże udało mi się zachować równowagę. Parsknąłem zażenowany i zdmuchnąłem grzywkę z oczu. Wróciłem do wypukłego miejsca i to pyskiem to nogą próbowałem dokopać się do ziemi. Kilka chwil później trafiłem na coś twardego. Magią wyciągnąłem to na zewnątrz. Mój pysk wykrzywił się w grymasie.
- Serio?- mruknąłem sam do siebie.- Kamień?
Nie mógł być on esencją jakiejkolwiek przygody więc zamachnąłem się i rzuciłem nim kilka metrów dalej. Uderzył on w zbity śnieg, roznosząc za sobą dźwięk łamanych gałęzi. Z nową, pozytywną energią pokłusowałem w tamtą stronę. Granitowa skałka wylądował na cienkich badylach, nie tylko wykrzywionych pod wieloma kątami, ale ubarwionych na purpurowo granatowy kolor. Przez całą tę drogę ciągnął się dziwny ślad. Przed kamieniem, zapewne pod nim i dalej. Jakby ptak ciągnął za sobą resztki i odłamki znalezisk do budowy gniazda. Podobną techniką co wcześniej, podniosłem gałązki i wetknąłem je sobie w grzywę. Koniecznie muszę je opisać w moim dzienniku. Może rośnie tu jakiś nowy gatunek drzewa, a znając moje szczęście, odłożę je gdzieś i nigdy później nie znajdę. Trop rozbudził moją wyobraźnie i sprawił, że ruszyłem za nim. Droga była wijąca. Mogę powiedzieć, że właściciel śladów oddalał się kawałek, pobłądził w kółko, wrócił i wędrował dalej. Od razu wyszukałem tezę, że ptak zbierał inne gałązki ze sobą. Błądzenie w tym samym miejscu szybko mi się znudziło więc wydeptanymi wcześniej, przez inne konie, ścieżkami galopem śledziłem drogę stworzenia. Trafiłem nad mój początkowy cel, wodospad. Tam śnieg poprzez wysoką temperaturę kończył się wraz z tropem. Przeszedłem się jeszcze raz wokół wodospadu, a gdy nic nie znalazłem wróciłem na brzeg.
- Czyli na tym kończy się ekscytująca przygoda.- rzekłem sam do siebie.
Dla pewności rozejrzałem się jeszcze raz i podtrzymując serię klęsk, ze zrezygnowaniem podszedłem do najbliższego, kamiennego wzniesienia i wspiąłem się na nie z łatwością. Od razu uderzył mnie gorąc parującej wody. Starając się utrzymać równowagę, przeszedłem do nieco mniej stromego punktu górki i zsunąłem się z niej do wody. Gwałtownie wypuściłem powietrze, czując jak fala gorąca oblewa mój grzbiet. Kilka chwil przyzwyczajałem się do wody, aby następnie podejść kawałek głębiej. Praktycznie po metrze musiałem unieść łeb nad taflę wody. Właśnie z taką drastycznością kończył się grunt. Płynąłem jednym śladem, zbliżając się do wodospadu. Woda z niego przyjemnie opadała na moją głowę, a na domiar tego grzywa okleiła całą moją szyję i pysk. Do diaska z nią. Intuicyjnie zdałem sobie sprawę, że przecież zaplotłem w nią cenne gałązki. Za pomocą magii starałem się wymacać je spod warstwy włosia. Na marne. Przeklęty Carusie. Wiedziałem, że tak będzie. W życiu nic podobnego więcej nie znajdę. Wypłynąłem na brzeg i przeszukałem cały teren w poszukiwaniu gałązek. Tak jak w poprzednim wypadku, niewielu mi to pomogło. Wróciłem do wody i zacząłem starannie oglądać zbocza skał. Może się gdzieś wsunęły... W ten ujrzałem je noszone przez wodę w stronę wodospadu. Na tyle ile pozwolił mi opór wody, podbiegłem w ich kierunku. Po kilku metrach ujrzałem tuż przed sobą wodospad. Mój cenny nabytek przebił się przez wodę. Z zaskoczenia otworzyłem pysk, czego od razu pożałowałem, gdyż w jednej sekundzie napełnił się wodą. Pozbyłem się jej w równie szybkim tempie. Nie zapominając o obiekcie mojej ciekawości, oczekiwałem, aż gałęzie wypłyną. Może pięć minut później moja cierpliwość się skończyła. Podpłynąłem do szyby tworzonej przez spadającą wodę, wziąłem nieco powietrza w usta. W najgorszej sytuacji mogę tylko uderzyć głową o ścianę. Gwałtownie przedarłem się przez barierę. Nie przestając zamykać oczu, trochę czasu zajęło, abym zorientował się, że nic się nie stało. Widok całkowicie zbił mnie z tropu. Znajdowałem się we wnętrzu groty, której obie boczne ściany mocno rozwidlały się w boki. Najważniejsze było jednak to, że na piaszczystej zatoce leżały kolorowe gałęzie. Popłynąłem do piaszczystego brzegu, gdzie z każdym krokiem ziemia wracała pod moje kopyta. Z uśmiechem już miałem chwycić zdobycz, gdy do moich uszu dotarł cichy, melodyjny dźwięk. Podniosłem wzrok, który napotkał oczy niewielkich rozmiarów ptaka. Z jego pleców wyrastały purpurowo granatowe, cienkie gałęzie. Dokładnie takie same jak te, które znalazłem.
~Jesteś przepiękny.- posłałem mu telepatyczną myśl, a przez mój pysk przebiegł cień uśmiechu.
Ptak ponownie wydał sobie melodyjny dźwięk. Pod jego zamknąłem oczy. Dotychczas nie słyszałem by jakiekolwiek stworzenie wydawało z siebie tak kojący odgłos. Poczułem tylko jak kręci mi się w głowie, a następnie przewróciłem się na piach.

***

Gwałtownie otworzyłem oczy. Przywitały mnie łagodne rysy mojej jaskini. Podniosłem głowę i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Wszystko wyglądało tak jak zazwyczaj. Dostrzegłem leżące tuż obok mnie kolorowe gałązki... Zamaszyście wsparłem się na przednich kopytach i mimo, że w głowie cały czas mi huczało, kazałem sobie wstać. Zrobiłem kilka niepewnych kroków w stronę łuku wejściowego. Na zewnątrz panował lekki chłód, ale nie było śniegu. Po za zaskoczeniem nie czułem żadnych innych emocji. Na przekór złemu samopoczuciu zerwałem się galopem w stronę Gorących Źródeł. Czy to wszystko mogło być snem? Nawet jeśli to w jaski sposób latorośl znalazła się w moim mieszkaniu? Będąc na miejscu z impetem wskoczyłem do wody i podpłynąłem do wodospadu. Bez zbędnych teatrów prawą nogą przebiłem się przez wodę. Trafiłem na opór. Wykonywałem tę czynność w kilku innych miejscach. Jak to możliwe... Niespodziewanie poczułem jak coś upada mi na głowę. Wyplątałem magią ów rzecz, spodziewając się jakiegoś chrabąszcza czy innego robactwa. Zamiast tego moja magia chwyciła srebrno złote gałązki. Czyżby... Podniosłem głowę do góry z głębokim oczekiwaniem. Nie zastałem nic. W powietrzu przebijała się cicha melodia.

ZALICZONE

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Od Eclipse C.D. Wind Mystery

Setki gapiów spoglądało na nas z rosnącą niecierpliwością, a brak jakiejkolwiek reakcji z naszej strony zmusił część z nich do wydawania okrzyków, zapewne mających nas zmotywować do działania. Zaciskając zęby spojrzałem na Wind, której kąciki pyska wykrzywione były w grymasie. Musiałem się powstrzymać by ponownie nie wybuchnąć śmiechem. Jej wzrok błądził po dotąd nie zauważalnych miejscach, a gdyby nie sierść mógłbym założyć się, że płonie ze wstydu. Na placu zapanował coraz głośniejszy wiwat. Nawet ów drapieżny kot, ogłaszający nas Królem i Królową Festynu, zaczął rytmicznie klaskać w łapy. Zdążyłem już przekonać się psychicznie do całego zajścia i nachyliłem się by pocałować Wind, gdy nagle niebo przeszył potężny ryk. Na nieboskłonie pojawiła się niematerialna dusza smoka odpowiadająca wysokością drzewu w Bassalt'cie. Praktycznie wszystkie stworzenia skupiły się niespodziewanym pojawieniu się istoty. Zdezorientowany odskoczyłem od klaczy, a ta wykorzystała moment roztrzepania by zeskoczyć ze sceny i pogalopować w jedną z bocznych uliczek. W tejże chwili zrozumiałem, że to wszystko musiało być przez nią ustawione. Przez kilka sekund słyszałem charakterystyczny odgłos drewna, gdy cwałowałem po scenie. Zaraz przy krawędzi odbiłem się tylnymi nogami i wzbiłem w powietrze. Wzleciałem ponad głowy tłumu i skierowałem się w stronę drogi obranej przez moją towarzyszkę. Zaśmiałem się sam do siebie. Zapewne nieczęsto zdarza się, by zwycięska para festynu uciekała po otrzymaniu wiadomości, że ma się pocałować. Jabłkowitą sierść klaczy ujrzałem kilka przecznic dalej. Zmieniwszy lekko kąt lotu, zawróciłem i wylądowałem tuż obok niej. Staliśmy przez pewien czas w absolutnej ciszy mierząc po sobie wzrokiem. Następnie wybuchliśmy gromkim śmiechem.
- Nieźle to sobie wszystko zaangażowałaś! -wykrzyknąłem z pretensjonalnym uśmiechem.- O, zapiszmy się na wybory Króla i Królowej! -naśladowałem jej głos
- C-co?!- Wind prawie dusiła się ze śmiechu.- Ja nie miałam pojęcia, że będziemy musieli się całować!
Ułożyłem pysk w dzióbek i cmoknąłem kilkukrotnie wywołując kolejny atak uciechy u klaczy. Kilka chwil później moja powierniczka zdążyła opanować chichot i dała mi mocnego szturchańca w bok. Spojrzałem w jej rozbawione, srebrne oczy, a zaraz potem odwróciłem głowę.
- W takim razie co teraz zrobimy? -zapytałem uderzając kopytem o brukową drogę
- To chyba oczywiste! -parsknęła. - Będziemy się przechadzać po okolicy jako para królewska i machać do ludu w stylu "wkręcamy żaróweczkę".
Pokręciłem z uśmiechem głową i intuicyjnie skierowaliśmy się przed siebie, a następnie skręciliśmy w pierwszą uliczkę w prawo. Z obu stron otaczały nas domy, które ze względu na zapadający zmrok przyjęły jednolite, ciemne barwy. Nim spostrzegliśmy, rząd latarni ulicznych zapłonął pomarańczowym światłem.
- Przyszłą mi do głowy pewna myśl... -odezwała się Wind.- Zawsze po festynie wszyscy zostają dłużej, a później całym pochodem wędrują nad przystań Sehtugh tam odbywa się zakończenie czyli puszczanie lampionów. Jeśli masz ochotę możemy się tam przejść.
- Jasne, że mam. -odparłem szczerze.
Klacz posłała mi lekki uśmiech i zaraz udaliśmy się w stronę głównej drogi, gdzie opcjonalnym rondem przeszliśmy w stronę muru. Zaledwie kwadrans później byliśmy na miejscu. Przed nami rozciągała się droga po której obu stronach stali sprzedawcy ze swoimi straganami. Następnie rozwidlała się ona w lewo i prawo tworząc pół księżyc Z tego zakątku woda rozlewała się w okół całego miasta. Było tam wiele istot, które będąc w parach, grupkach lub samodzielnie trzymały lampiony. Pozostała część dopiero się w nie zaopatrywała. Postanowiliśmy zrobić to samo i podeszliśmy do najbliższego stoiska. Stał przy nim duch błękitno-srebrnej łani. Ostatecznie kupiliśmy żółty lampion z obsypanymi złotym pyłem krawędziami. Ustawiliśmy się w bardziej opustoszałym miejscu, tuż przy krawędzi wodnego zbiornika. Rozmawiając na byle jakie tematy oczekiwaliśmy aż zapadnie noc. Podobnie jak reszta zwierząt.
Gdy minęła północ, za czyimś poleceniem w niebo wzbiło się około dwudziestu kolibrów. Jeden z nich, trzymając małą świeczkę w blaszanej foremce podleciał do nas i włożył ją w papierowy lampion. Wyraźnie widziałem jak to światełko odbija się w oczach Wind. W jednej chwili na niebie pojawiło się kilka wyrzuconych już przez kogoś ozdób. Spojrzeliśmy na siebie z klaczą porozumiewawczo i za pomocą magii chwyciliśmy dolne krawędzie lampionu. Podrzuciliśmy go w powietrze. Ten przez chwilę kręcił się nad naszymi głowami, a zaraz potem podążył za innymi. Ciemność rozproszyło kolorowe światło. Tysiące lamp kierowanych wiatrem podążało nad wodą.

< Wind Mystery? Mam jakiekolwiek szanse na przeżycie? default smiley xd>

niedziela, 23 sierpnia 2015

Od Wind Mystery C.D. Eclipse

Wszelkiego rodzaju festyny w tym miejscu były zazwyczaj dość huczne. Tutejsi mieszkańcy twierdzili bowiem, że muszą korzystać z życia po śmierci, jakkolwiek to nie brzmi. Gdy znaleźliśmy się w końcu na rynku głównym powitał nas tu wszechobecny gwar. W prawie każdym festynie wszyscy uczestniczyli. Co mi się najbardziej podobało w tym miejscu to to, że każdy był tu dla siebie uprzejmy i miły. Nie było ewenementów, a przynajmniej takowych nie spotkałam. Wszyscy grali, jedli, tańczyli… Jednym słowem bawili się.
-Z tym jedzeniem i piciem jest u nich dość zabawnie. Nie muszą wcale tego robić. Nie odczuwają, ani głodu, ani pragnienia, a jednocześnie nie tyją, ani nie chudną, więc jeśli ktoś lubi to robić to może to robić ile tylko chce. Tak same ze spaniem. Oni nie odczuwają zmęczenia, ale mogą spać.- odparłam i zatrzymałam się.
-Czyli ogólnie nie odczuwają negatywnych emocji?- zapytał Eclipse z zaciekawieniem.
-No nie do końca. Mogą odczuwać szczęście, złość, smutek i ogólnie wszystkie emocje. Ale odczuwają teoretycznie tylko szczęście. Był tylko jeden okres w, którym odczuwali smutek. Ale to nieistotne. Dobra chodźmy, bo gdybym miała Ci wszystko opowiadać to spędzilibyśmy się o wiele za dużo czasu.- uśmiechnęłam się.
Ogier wyglądał na naprawdę zainteresowanego tym wszystkim. Ruszyliśmy przed siebie. Po obu naszych bokach, aż roiło się od różnych stoisk to z jedzeniem, to z jakimiś grami zręcznościowymi. Lekko po naszej lewej znajdował się parkiet na, którym tłoczyło się dużo par.
*
Całą godzinę bawiliśmy się na festynie. Było poławianie jabłek, wyścigi i wiele innych. Myślę, że nie tylko mi się podobało. Dopiero teraz przypomniałam sobie o róży za moim uchem. Uśmiechnęłam się pod nosem. Nagle podszedł do nas lew z jakąś listą.
-Witaj parę. Czy chcą się państwo zapisać na konkurs na królową i króla festynu?- zapytał z uśmiechem.
Gdyby nie sierść zarumieniłabym się. „Witaj parę...” PARĘ. Spojrzeliśmy na siebie. Uśmiechnęłam się lekko i odparłam:
-Chętnie. Ja to Wind Mystery, a ten ogier to Eclipse.
Koń spojrzała się na mnie zdziwiony. Gdy lew odszedł uśmiechnęłam się do niego.
-No co? Tu liczy się jak najoryginalniejszy wygląd.- powiedziałam.
-Ale, przecież my nie mamy, żadnego przebrania, ani nic…- mruknął zdziwiony.
Zaśmiałam się.
-My jesteśmy żywi. To chyba już wystarczająco oryginalny wygląd.- wyszeptałam.
Ogier spojrzał na mnie z błyskiem rozbawienia w oczach. Zawsze lubiłam te festyny. Dusze wyglądały prawie jak przed śmiercią, chociaż były bardziej przezroczyste. Rozejrzałam się wokoło. Wszyscy przyglądali się nam uważnie. Cóż, w sumie mało zagląda tu do nich żywych.
*
Po kolejnej godzinie spędzonej na gadaniu i jedzeniu usłyszeliśmy głos spikera:
-Wszystkich uczestników festynu prosimy o przyjście pod główną scenę!
Teraz będzie ogłaszanie wyników. Cała fala uczestników rzuciła się w stronę rozległej sceny, a wraz z nimi my.
Po ogłoszeniu wyników różnych konkursów przyszedł czas na ogłoszenie tego na co wszyscy czekali, czyli królowej i króla całego festynu.
-Zacznijmy może od dam. Królową tegorocznego festynu dusz zostaje… WIND MYSTERY!- wykrzyknął rosły lew.
Stałam jak oniemiała i patrzyłam się nic nierozumiejącym wzrokiem na Eclipse. Ogier zaśmiał się i popchnął na scenę. Niepewnym krokiem weszłam na nią. Został założony na moją głowę śliczny diadem, który połyskiwał się lekko.
-No dobrze. Jest królowa, teraz potrzebny nam król. Królem tegorocznego balu zostaje… ECLIPSE!- oznajmił spiker.
Dopiero po kilku minutach zauważyłam wyłaniającego się z tłumu, ogiera. Wszedł na scenę, a na jego głowę została założona złota korona. Spojrzeliśmy się na siebie i ledwo stłumiliśmy śmiech. A ja nas zgłosiłam dla jaj… Lew spojrzał się na nas, uśmiechnął i krzyknął do mikrofonu:
-Jak co roku prosimy parę królewską o POCAŁUNEK!
Rozszerzyłam oczy ze zdziwienia. Że co? Jakoś nie pamiętam, żeby było tak rok temu… Eclipse wyglądał na tak samo zdziwionego.
-Co robimy?- wyszeptałam bezgłośnie.


 <Eclipse XD?>

sobota, 22 sierpnia 2015

Od Eclipse C.D Wind Mystery

Niczym poddany hipnozie wpatrywałem się w panoramę tego pięknego miejsca. Osnute było ono nicią mgły, która budowała niepowtarzalne napięcie. Dotychczas nigdy nie byłem w takiej krainie. Zapewne, gdyby nie Wind nic podobnego by mi się nie przytrafiło.
- Co chciałbyś zwiedzić? -zapytała klacz spoglądając w moją stronę.
Odwróciłem łeb w jej kierunku. Entuzjazm mógłby rozedrzeć mnie na ćwiartki.
- Nie mam pojęcia. -uśmiechnąłem się, po czym zaraz dodałem.- Chyba wszystko.
- W takim razie musimy tu zostać na kilka tygodni.- roześmiała się, a następnie ruszyła przed siebie
Udaliśmy się wylanym betonem klifem w dół - w stronę jednego z mostów łączącego się z miastem. Ta druga wydawała nam się zdecydowanie najbliższa. Obserwowałem zza posrebrzanej barierki lazurową wodę. Była ona tak czysta, że bez trudu dostrzegłem dno znajdujące się głęboko w dole. Kilka chwil później staliśmy już przy potężnym łuku, który nie mógł być niczym innym jak bramą do szlachetnej krainy. Figurowała ona wysoko nad naszymi głowami. Jej obie zewnętrzne strony wspierany były przez drzewa bzu, którego gałęzie na szczycie konstrukcji stworzyły roślinną draperię. Oficjalnie przekroczyliśmy granicę miasta, a co za tym idzie, dał mi się we znaki uciążliwy wzrok wędrujących dusz. Ze zmrużonym w głębokim zastanowieniu, czołem spoglądałem w ich wykrzywione w zadumie pyski.
- One żyją tu... tak jak przed śmiercią? -szepnąłem do ucha Wind, gdy skręciliśmy w pierwszą ścieżkę prowadzącą w lewo
Klacz pokiwała głową.
- Tak jak my w Bassal'cie. -odparła.- Mają swoje chatki, mieszkania, stragany. Czują jak gdyby dalej żyły.
- To trochę obłąkane. -roześmiałem się głośno
- Cicho! -uciszyła mnie nie podnosząc głosu
Przed nami stał duch orła, który trzymał w dziobie wiklinowy kosz z różami. Nie jestem tu nawet od dwóch kwadransów, a to miejsce już mnie zaskakuje. Ptak podszedł do nas i odłożył pojemnik, a zaraz potem zaskrzeczał. Powtarzał tą czynność kilkukrotnie do czasu, aż sam nie wyjął jeden z kwiatów. Zostawił go przed nami, a sam wrócił do swojego koszyka, złapał go i odleciał tak niezauważalnie jak się pojawił.
Posłałem Wind krótkie spojrzenie.
- O nie! To nie moja sprawa. -mruknęła cicho
Chwyciłem za łodygę i upewniłem się, że została ona pozbawiona wcześniej kolców po czym podszedłem bliżej klaczy.
- Mogę? -zapytałem ściszając głos
Nie doczekawszy odpowiedzi nachyliłem się i włożyłem kwiat za ucho towarzyszki.
- To jak? Gdzie teraz idziemy?
Wind zamyśliła się.
- Może główny rynek? -zaproponowała. -Odbywają się tam festyny dusz, a skoro rozdają kwiaty wydaje mi się, że to dzisiaj.
- Brzmi zachęcająco. -kiwnąłem głową
Przedarliśmy się przez boczne uliczki. Będąc coraz bliżej celu zaczęła towarzyszyć nam coraz to głośniejsza muzyka.

<Wind Mystery?>

sobota, 15 sierpnia 2015

Od Eclipse - Quest "Wróżbita"

Kaskada światła powoli rozpraszała noc w dzień, a jasne promienie słońca z oddaniem przebijały się przez osłonięte chmurami niebo. Krajobraz zaczął nabierać soczystych barw, które swą urodą z pewnością przyciągnęły nie tylko mnie. Spoglądałem w dal, zmierzając się z wiatrem zaganiającym mą grzywę prosto w oczy. Nie miałem ochoty oddalać się od tego miejsca jednakże najwyższy czas wyjść do świata. Może udam się do Bassalt'u...? Choć nie specjalnie mam ochotę na jakiekolwiek zakupy. Wbrew temu wszedłem do swej jaskini, okrytej jeszcze płachtą mroku. Z kamiennej półki, magią chwyciłem dziennik i manipulując energią, wsunąłem go do torby, którą następnie tą samą techniką przełożyłem sobie przez szyję, aby luźno zwisała wzdłuż mej łopatki. Pokręciłem głową w celu wyciągnięcia grzywy spod pasków i gdy upewniłem się, że wszystko jest w porządku, udałem się w stronę murowanego miasta. Droga nie zajęła mi więcej niż dwa kwadransy, bowiem praktycznie cały czas myślałem, w jakim celu w ogóle tam idę. Coś mnie tam przyciągało.


***


Dopiero gdy moje kopyta zaczęły wydawać charakterystyczny dźwięk, zdałem sobie sprawę, że jestem już na brukowej ścieżce prowadzącej do głównego placu. Z postawionymi uszami wsłuchiwałem się w dźwięk rozmawiających koni i sprzedawców wykrzykujących okazjonalne ceny. Każdy chciał być lepszy od konkurenta. W oczy rzucił się przede wszystkim stary ogier, który właśnie przekraczał równoległą bramę. Mimowolnie zignorowałem ten fakt. W Bassal'cie spotyka się wiele koni. Podszedłem do jednego ze straganów, przy którym stała klacz o krwistoczerwonej grzywie. Chciałem wyłącznie tego, aby stary włóczęga oderwał ode mnie spojrzenie swych oczu. Z dozą niechęci starałem się nie wykrzywić pyska w grymasie.
- Podać coś? -usłyszałem głos, który przywrócił mnie do świata rzeczywistego.
Spojrzałem na klacz.
- Nie, dziękuję. Tylko się rozglądam. -odparłem, przeglądając nieśmiertelniki zwisające z górnej belki stoiska. - Sporo koni się tu kręci. Nie wszystkie należą do stada Heaven Hooves, prawda?- upewniłem się.
Skinęła potwierdzająco głową.
- Większość zatrzymuje się tu podczas wędrówek. Zaopatrują się w rzeczy, których potrzebują. Później odchodzą. Są jednak i te, które chcą tu zostać... Jesteś nowy prawda? Mało obyty z nowym miejscem.
Uśmiechnąłem się delikatnie.
- Dopiero poznaje otoczenie.
- Rób to dalej.- pokręciła głową.- Nowy Eden to piękna kraina.
- Z miejsc, które dotychczas widziałem, także mogę to powiedzieć.
Niespodziewanie do moich uszu dotarł krzyk. Postawiłem je czujnie i podobnie jak klacz, skierowałem głowę w stronę dźwięku. Kasztan o srebrnych oczach ponownie wykrzyczał to słowo. "Oszust". Zaciekawiony zwróciłem się w miejsce zbiegowiska, stało tam już kilka koni. Zatrzymałem się z boku, bacznie obserwując sytuację. Włóczęga, którego widziałem przed kilkoma minutami, o białej, wypłowiałej sierści z głuchym charczeniem i wyraźną słabością wdawał się w rozmowę z koniem. Jego słowa były tak ciche, że poprzez wiatr, który targał splątaną grzywą, a jednocześnie wplecionymi w nią koralikami z trudem można było usłyszeć, co ma do powiedzenia. W równie sprawnym tempie pojawiła się przy nas Bring The Horizon, której jako pierwszej udało się przecisnąć przez gapiów.
- Skąd tu to zbiegowisko, te krzyki? -zapytała, zatrzymując się naprzeciwko ogiera.- Czy o czymś nie wiem?
- Ten stary, dziad wziął ode mnie pieniądze, a następnie powiedział, że w ciągu tego kwartału zginę! -zawołał oburzony.- Co to ma być?! Jakim prawem on plecie mi taki scenariusz i jeszcze oczekuje zapłaty!
- Nie jesteś godzien poznania całej wiadomości... -wymamrotał starzec ciężko, podejmując się próby wzięcia kolejnego wdechu.
- Jakiej znów wiadomości? -Przywódczyni zwróciła się w stronę nieznajomego.
Uznający się za wróżbitę koń nic nie odpowiedział, tylko opuścił głowę. Pyskiem lekko szturchnął metalowy kubeczek, na którego dnie znajdowała się garstka monet. Zapadła cisza, najwyraźniej nikt nie chciał ryzykować tym, iż może zostać oszukany. Z zawziętą miną popchnąłem konia przed sobą, a ten domyślając się mych intencji, ustąpił miejsca. Wykonywałem ów czynność, aż nie stanąłem w zamkniętym kręgu składającym się z kasztana, Bring The Horizon, a przede wszystkim - nieznajomego. Manipulacją otworzyłem torbę i wyciągnąłem z niej kilka monet, a następnie wrzuciłem je do puszki.
- Mów.- zażądałem.
Koń dźwignąwszy lekko głowę, utkwił spojrzenie źrenic w moich oczach. Niczym cień, przez oczy przebiegł mu świetlisty płomień, a zaraz potem wrócił do normy.
- Prastary dąb esencją żyć wielu jest, istota śmierci czyha. Twarz odwróci, a kwiat opadnie. Przyjaciel wrogiem się stanie... Rzecz odwróci jedna z nich. Bez pomocy - zagłada już kroczy.
Zmrużyłem ślepia, że niby co to miało znaczyć.
- Wróżbito -zaczęła Bring, po tym, gdy jej partner podszedł do niej.- nic nam nie wyjaśniłeś, a tylko nakarmiłeś strachem. Kim jest ów przyjaciel?
Kolejna dawka milczenia. Narastała we mnie ponowna frustracja, więcej mu nie zapłacę. Niech nawet nie myśli o tym. Kolejny raz poczułem jego spojrzenie, a następne delikatne ukłucie w głowie, mój wzrok zamazał się.
- Smoki. -wypaliłem głośno
Eagle Eye spojrzał na swą partnerkę, po czym szepnął coś do jej ucha. Bring po wysłuchaniu jego słów zrobiła krok w stronę siwka. Nie zdążyła nic powiedzieć, a ogier kiwnął potwierdzająco głową.
- To jakiś nonsens! -wykrzyknęła Nirali.- Smoki to nasi przyjaciele! Niby dlaczego miałyby się od tak odwrócić?!
- Dokładnie! -zawołał ktoś z tłumu.- Gdyby miały to zrobić, zrobiłyby to już dawno!
Z ust koni zaczęły wypadać inne obelgi na ten temat. Powoli mogłyby zyskać miano krzyku. Umilkł on, gdy nad naszymi głowami zapadł cień. To Kukulkan. Domyśliłem się, iż Przywódczyni musiała go przywołać.
- Rozejdźcie się. -powiedziała twardym tonem.- Natychmiast. A ty Kukulkan... Pokaż starcowi, gdzie jest wyjście.
Położyłem uszy wzdłóż głowy, a konie, po przetrawieniu informacji, zaczęły się przepychać w celu oddalenia się zgodnie z otrzymanym poleceniem. Rzuciłem ostatnie spojrzenie na siwka, a następnie z kamiennym wyrazem twarzy poddałem się kroczeniu za częścią stada, dopóty nie rzucił mi się w oczy blask kremowej sierści Nirali. Tuż obok niej wędrowała Somebody. Pokłusowałem w ich stronę, a zwolniłem dopiero zrównując się z nimi.
- Hej. -przywitałem się krótko, a ma grzywa opadła na lewą stronę szyi.- Nirali, jesteś Smoczą Trenerką, prawda?
Spojrzała na mnie spod grzywki, podobnie jak zaciekawiona rozmową jej towarzyszka.
- No tak, a dlaczego pytasz? -najwyraźniej już ochłonęła po wcześniejszym wybuchu.
- Chciałem się dowiedzieć od ciebie, jako ekspertki -rzuciłem z firmowym uśmieszkiem.- czy ów atak ze strony smoków może naprawdę dojść do skutków.
- Póki co nic na to nie wskazuje. -wzruszyła podciągnąwszy lekko łopatki wzwyż.- Gdyby smoki coś planowały, z pewnością zadeklarowałyby już jakiś konflikt, a nasi towarzysze zrezygnowaliby z tejże funkcji. Poza tym zapewne usłyszelibyśmy już o takich atakach na inne stada Telrian'u, bo niby dlaczego Heaven Hooves miałoby być pierwsze.
Kiwnąłem głową.
- Masz sporo racji. Dziękuję, że mi to wyjaśniłaś. -odwróciłem się od nich i skierowałem w stronę wyjścia.
- A do czego potrzebna ci ta wiedza? -usłyszałem pytanie Somebody.
Przymknąłem lekko oczy i pokręciłem z zamyśleniem głową.
- Z ciekawości.


***


- Eclipse. -ciemna postać ponownie wypowiedziała moje imię tym razem głośniej.
Na wpół śpiący ujrzałem w wejściu mej jaskini innego konia. Rozpoznałem w nim Icarius'a. Otoczenie tuż za nim zaczęło nabierać burzowych kolorów.
- Co się stało? -spytałem mrużąc z zaspania ślepia.
- Bring The Horizon wzywa wszystkich wojowników, musimy natychmiast się do niej udać. -wyjaśnił przestępując z nogi na nogę.
Podniosłem się gwałtownie z ziemi i wraz z uskrzydlonym towarzyszem opuściliśmy schronienie. Z podobną łatwością wzbiliśmy się w powietrze i mącąc skrzydłami nieboskłon lecieliśmy do Przywódców. Będąc w powietrzu zorientowałem się, że zaczyna się ulewa. Najpierw niewielkie krople zaczęły się o nas obijać, a zaraz potem byliśmy zupełnie przemoknięci. Skrzydła zaczęły nam ciążyć, gdy przemierzaliśmy się do lądowania. Pozostały odcinek pokonaliśmy galopem. Jednak nim dotarliśmy do pomieszczenia nad naszymi głowami dało się słyszeć szaleńczy ryk. Intuicyjnie spojrzałem w górę i ujrzałem najpierw towarzysza Eagle Eye, a zaraz za nim pozostałą chordę smoków. Wszystkie były wyraźnie wzburzone. W milczeniu wszedłem za Icarius'em do groty Przywódców. Zbiegowisko nieco mnie zaskoczyło, bowiem poza mną, Icarius'em, Bring The Horizon oraz Eagle Eye była tam także Athena, Nirali, Elanor Isabelle oraz Nightmare Moon.
- Dobrze, że już jesteście. -zaczęła Bring.
Poprzez deszcz dał się słyszeć złowrogi grzmot, a zaraz potem błysk rozświetlił całe pomieszczenie.
- Musicie natychmiast sprowadzić tego wróżbitę. -klacz zwróciła się w stronę wojowników.- Coś niepokojącego dzieje się ze smokami. Zupełnie jakby coś je opętało. Nie da się z nimi porozumieć! To nie te same stworzenia!
Nie wierzę. To nie może być prawda. Ten starzec nie może mieć racji. Błękitnooka podała nam kozie rogi.
- Rozdzielcie się. Jeśli go odszukacie powiadomcie przez róg innych. My do was dołączymy, a w międzyczasowe wraz ze Smoczymi Trenerkami ustalimy strategię. Ruszajcie. -poleciła
Całą trójką opuściliśmy jaskinię. Czułem wewnętrzny spokój, który jednocześnie chciał popuścić wodze fantazji szaleństwu. Po krótkiej rozmownie ustaliliśmy, iż każde z nas obejmie jeden kierunek. Zapuściłem się na północ.


***


Błoto mieszane z kępkami trawy już dawno osiedliło się na moich pęcinach. Deszcz tworzył dołki i dziesiątkował ziemię w najmniej odpowiedniej sytuacji. Już od dawna byłem całkowicie przemoknięty, nasiąknięte pióra skrzydeł ciążyły mi nieubłaganie toteż nawet nie próbowałem wzbić się w powietrze. Moje jasne boki powoli zaczęły nabierać ciemnych, ziemistych barw.
Zdążyłem dotychczas przeszukać obrzeża cmentarza. Teraz kierowałem się w stronę Gór Szarych, a wystarczyło tylko abym na chwilę się zatrzymał - już nie miałem ochoty iść dalej. Kończyło się to zagryzaniem zębów i ponownym ruszeniem w dalszą drogę. Nienawidzę tego.


***


Cztery i pół godziny później miałem już widok na szczyty gór. Była to również pierwsza przerwa jaką sobie zafundowałem. Polegała ona mniej więcej na tym, iż przystanąłem pod najbardziej rozłożystym drzewem i rozkoszując się odpoczynkiem spoglądałem na majestatyczny krajobraz. Ciemne niebo przykrywało góry, które z każdym uderzeniem błyskawicy rozjaśniały się, aby od razu zgasnąć. W pewnym momencie ujrzałem wzniesienie, które choć budzące respekt w swym ogromie, nie wydawało mi się być zwykłą wyżyną. Zmrużyłem oczy, ów rzecz znajdowała się może sto metrów dalej... Niespodziewanie z tego miejsca wyrósł, długi, cienki obiekt, zakończony opływowym kształtem. Cofnąłem się kilka kroków, a to coś skierowało górną część swego ciała w moją stronę. "Czy to nie..." Nie skończyłem dokończyć myśli, a do moich uszu dotarł przerażający ryk. Stworzenie rozłożyło skrzydła i wzbiło się w powietrze. "SMOK!". Gwałtownie odwróciłem się na tylnych nogach i pogalopowałem w przeciwną stronę. Wyraźnie słyszałem dźwięk rozjuszonego gada. Spojrzałem w tył lekko odwróciwszy głowę, a stworzenie przeleciało tuż nad moją głową i wylądowało przede mną. Skuliłem uszy, a to stanęło na tylnych łapach i poczęło tworzyć ognistą kulę, którą następnie wyrzuciło w moją stronę. Przewróciłem się na ziemię z ledwością unikając ataku. Gad ponownie ryknął, a gdy się podniosłem, uderzył ogonem, tuż przed moim pyskiem o ziemię. Wskoczyłem na niego i zacząłem wspinać się po chropowatych łuskach prosto na grzbiet. Uskoczył w bok, całym mną aż zachwiało. Uniosłem wzrok w niebo, starając utrzymać się na szalejącej bestii. Stworzyłem w głowie niewidzialną kulę magii, a następnie zacząłem ściągać błysk w naszą stronę. Wbiegłem na głowę potwora, a ten strącił mnie łapą. W tym momencie uwolniłem energię, a na niebie pojawił się piorun, który następnie uderzył w smoka. Spadłem na ziemię, a smok upadł. Odczołgałem się kilka metrów dalej, cały czas słysząc iskry wstrząsające ciało zwierzęcia.
- Zabij go! -krzyk dobiegający z przeciwka kazał mi się podnieść.
Ujrzałem klacz pegaza przy której boku tkwił niewielki sztylet. Był on przywiązany srebrną tasiemką do skrzydła. Gniada, cała przemoknięta, galopowała prosto na smoka, a gdy była już na długość szyi jednym ruchem chwyciła broń i wbiła w serce, jeszcze półprzytomnego, smoka. Ten dostał konwulsji, a zaraz potem zastygł w bezruchu. Moje boki gwałtownie unosiły się i opadały, ciężko było mi wziąć oddech. Zabiliśmy go. Obserwowałem jak deszcz zmywa krew ze sztyletu nieznajomej.
- Kim jesteś? -zapytała kuląc uszy.
Wyprostowałem się i z zawziętym wyrazem pyska oplotłem ją przeszywającym spojrzeniem.
- Ten kto pyta, wpierw powinien sam się przedstawić. -rzekłem oschle.
Zawahała się.
- Jestem Vesture. -odpowiedziała.- Należę do stada Saut De Feu po drugiej stronie Gór Mglistych. Moi towarzysze posłali mnie na zwiady.
- Eclipse. -przedstawiłem się, i zaraz wróciłem do narzuconego przez klacz tematu.- Co tutaj robicie?
- Nawet sobie nie wyobrażasz. -parsknęła, a na oczy opadła jej ciemna grzywka.- Przed kilkoma tygodniami był u nas stary ogier podający się za wróżbitę. Przepowiedział nam atak smoków!
Otworzyłem szerzej oczy.
- Naprawdę...? Naszemu stadu również.
- Jak widać nie kłamał, a my go odtrąciliśmy. Kilka naszych koni już zginęło choć nadal nie mamy pojęcia czemu tak wyszło, a tak poza tym dlaczego jesteś tutaj sam? To niebezpieczne...
- Dostałem, wraz z kilkoma innymi końmi, polecenie odnalezienia tego siwka.
- My także go szukamy! -zawołała. - Jeśli chcesz możesz iść ze mną do naszego obozu. O ile dobrze wiem centralnie przy zboczu nie osiedliło się żadne stado. Masz długą drogę do domu.
- To prawda. Może robić się już późno... Chętnie przyjmę twą propozycje.
Klacz posłała mi niepewny, delikatny uśmiech, a następnie ponownie przywiązała swój sztylet do skrzydła.
- W takim razie ruszajmy. To około pół godziny truchtu.
Rzuciłem ostanie spojrzenie na bezwładne ciało smoka, a Vesture zdążyła się już oddalić. Nie dopuszczę do wojny. Ani ja, ani nikt. Przeniosłem wzrok na róg uwiązany do mej szyi. Dlaczego jeszcze nic nie usłyszałem. Nie otrzymałem sygnału. Może go znaleźli. Może jestem za daleko? Kopnąłem niewielki kamień, a niebo przeszył grzmot. Nie ma się co rozczulać. Pod kłusowałem to idącej przodem klaczy i zarzuciłem głową. Nie porzucę tego tak łatwo.


***

Odkaszlnąłem zaschnięte gardło cały czas powściągając się aby nie napić się wody z najbliższej kałuży.
Ową osadą okazała się być wydrążona w jednej z gór, jaskinia w której płonął przyjemny ogień. Z dala było widać, iż na pewno nie jest ona pusta.
- Vesture! -zawołał jeden z ogierów, gdy dostrzegł klacz wchodzącą jako pierwszą do groty.- I jak? Jakieś zmiany?
Pokręciła głową.
- Nie ma go tutaj. -mruknęła i odsłoniła mi nieco drogi do jaskini.- Za to znalazłam jego.
Wszedłem wgłąb pomieszczenia, a moim oczom ukazała się para klaczy i czterech ogierów. Jednorożka była ranna w tylną pęcinę. Tymczasem kary pegaz z siwym grzbietem i zielonymi oczami spojrzał na mnie groźnie i podszedł bliżej.
- Kim on jest i po co go tu sprowadziłaś? -syknął przez zaciśnięte zęby
- Spokojnie bracie. To Eclipse, spotkaliśmy się u podnóża jednego ze szczytów. -wyjaśniła odpychając go głową.- Wspólnie zabiliśmy smoka.
Koń zmarszczył czoło i posłał mi spojrzenie ulgi mieszane z zażenowaniem. Zignorowałem to i podniosłem wyżej pysk z pretensjonalnym uśmiechem.
- Mów mi Paget. -odpuścił
Skinąłem i niemal od razu zaproponowałem...
- Jeśli zechcesz mogę pomóc twej towarzyszce wyzdrowieć.
Ogier podprowadził mnie w stronę klaczy i wskazał na ranę. Najwyraźniej jego brak zdziwienia, był spowodowany tym, że miał już do czynienia z magią. Pęcina zdarta była ze skóry, a mięśnie mocno okaleczone. Krew zdążyła ubarwić chustę, którą ktoś zawiązał w okół nogi, prawdopodobnie w celu zatrzymania krwotoku. Chwyciłem zębami węzeł i pociągnąłem, a szmatka opadła na ziemię. W wyobraźni przekartkowałem swój dziennik.
- Macie jeszcze jakieś płótno? -zwróciłem się do Paget'a.
Jedna z klaczy podała mi tkaninę.
- Dzięki. -uśmiechnął się do niej.
Rozerwałem materiał i podszedłem z nim do ogniska. Wypuściłem kawałek, a dolna część zapłonęła. Wróciłem do wystraszonej wędrowniczki. Ta najwyraźniej spodziewała się co chce zrobić. Upuściłem podpaloną materię prosto na zranioną pęcinę, a klacz krzyknęła z bólu. Automatycznie chwyciłem pozostałą część i ścisnąłem nią ranę. Zamilkła. Obrzuciłem gapiów triumfalnym wzrokiem.
- Gotowe! -roześmiałem się, czując, że oczekują czegoś więcej.
Vesture podeszła to mojego ówczesnego miejsca pracy i zrzuciła nosem szmatkę.
- Paget! Spójrz! -wykrzyknęła.
Rana zniknęła. Ogier zmrużył oczy, a kilka chwil później nakazał swoim towarzyszom podjęcia próby snu. Było to spowodowane podobno ciężką drogą czekającą ich nazajutrz. Także i ja znalazłem sobie kawałek suchej podłogi i ułożyłem się na niej. Zdecydowanie do tak polowych warunków przyzwyczajony nie jestem. Zamknąłem oczy, wsłuchując się w odgłos strzelającego w ognisku drewna.


***


Poczułem lekkie ukłucie bólu w okolicach uszu. Jakby ktoś właśnie przebił mi przez nie kolec jeżozwierza. Uniosłem gwałtownie głowę i w tym momencie zeskoczył z niej kruk. Widocznie mnie uszczypnął.
- Przepraszam, że Pana budzę na domiar złego w taki sposób, ale wczoraj podsłuchałem Pańską rozmowę z tą klaczą. - tu wskazał na Vesture.- Ja odnalazłem tego konia. Tego wróżbitę.
Zerwałem się na równe nogi.
- Jak to go znalazłeś? Gdzie? -zapytałem prędko
W mojej głowie tliło się tysiąc myśli. Czyżby to koniec problemów?
- Znajduje się na wschodnim brzegu Deep Lake. Mogę Panu dokładnie pokazać.
Nie okazując nawet najmniejszej satysfakcji mieszanej z ciekawością skinąłem potwierdzająco głową. Opuściłem grotę wraz z krukiem, który zdążył usadowić się na moim kłębie. Z nieba zniknęły burzowe chmury, zamiast deszczu pojawiło się słońce. Przystawiłem róg do pyska i wypuściłem w niego wcześniej nabrane powietrze. Dźwięk przerwał ciszę poranka i sprawił, że ptaki siedzące na konarach liściastych drzew, zerwały się do lotu. Za chwilę dowiemy się o co w tym wszystkim chodzi.
Wzbiłem się w powietrze i obrałem kierunek, który podpowiedział mi ptak. Wiatr nam sprzyjał.
- Panie nie jest to jednak to co sobie wyobrażasz. -usłyszałem po pewnym czasie, przez głos zwierzęcia wyraźnie przebijała się przez niego niepewność. -Ten koń jest bardzo słaby. On tam leży.
Zmrużyłem brwi. W tym momencie w oczy rzuciła mi się jasna plamka na niewielkim zboczu.
- To chyba on. -mruknąłem.
Wylądowaliśmy niecałe dziesięć metrów dalej. Nie bacząc na zlatującego z mojego grzbietu kruka pogalopowałem w stronę wróżbity.
Zamarłem. Czułem jak me źrenice mimowolnie się rozszerzają. Wróżbita leżał na lewym boku, z pyskiem skierowanym w moją stronę. Jego oczy były zamknięte, a boki - nie uniosły się. Był martwy. Zalała mnie fala gorąca. Przekląłem w myśli. Spóźniłem się. Już nic nie zrobię. Powietrze przeszył ryk smoka zbliżającego się w oddali. Spojrzałem wściekle na siwka. O zmarłych nie mówi się źle, ale to przez niego nasze problemy. Mam dosyć.


***


Po ponad półgodzinnym oczekiwaniu ujrzałem na niebie Bring The Horizon w towarzystwie Atheny, a także Icarius'a. Zaraz za nimi z lasu wybiegł Eagle Eye oraz smocze trenerki, gdy wszyscy znaleźli się blisko z nas nie potrzeba było słów, aby określić emocje, które czują.
- Wracamy. -oświadczyła Bring.- Nic tu po nas.
Z opuszczoną głową udałem się za resztą stada. Jednakże, mimo iż szedłem praktycznie na końcu, mogłem usłyszeć szepty między Przywódcami.
- Co teraz będzie?- zaczął ogier, kierując pysk w stronę swojej partnerki.
- Musimy się przygotować na wszystko...


***


Przedzierałem się przez wysoką trawę, która nie tylko znacznie utrudniała mi ruch, ale i uniemożliwiała ucieczkę. Jeśli jakikolwiek smok, dostrzeże mnie na tym otwartym terenie, po kilku chwilach będę tylko wspomnieniem. Ta myśl nie wystraszyła mnie szczególnie. Mimo że Bring zakazała oddalania się od zalesionych ziem. Nie będę siedział bezczynnie.
Ujrzałem wysokie, barwne drzewo. Z opuszczoną głową podszedłem do niego, a co za tym idzie, wystraszyłem parę kowalików. Obserwowałem, jak te zlatują wysoko w powietrze, a następnie oddalają się w nieznaną przestrzeń.
~ Dobroduszna Sun. Szlachetny Moon'ie... Zdaję sobie sprawę, że koleją rzeczy są narodziny i śmierć. Dlaczego zdecydowaliście się jednak na tego, który mógł nam pomóc? To nie bezinteresowność. To wyrok. Pozwólcie zmienić nam kierunek, w którym zmierzamy.
Kilka barwnych listków zerwało się z gałęzi i niesione wiatrem okrążyły mnie kilkukrotnie.
- Wiem, że mnie słyszycie.
Jednakże w tym momencie zwróciłem uwagę na pewien skrywający się aspekt. Coś, co nie przyszło mi ani nikomu innemu w ogóle do głowy. Za pomocą magii chwyciłem liście z Drzewa Życzeń, które zdążyły upaść między źdźbła trawy. Pogalopowałem w stronę Bassalt'u. Tym razem wszystko musi pójść, tak jak zaplanowałem. Biegnąc opustoszałymi uliczkami "spotkałem" czarną smoczycę, która właśnie piła z jednego zbiornika wody. O ile dobrze pamiętałem, należała ona do Nirali...
Uważając na kroki podszedłem do ujścia, z którego woda płynęła prosto do gada. Spojrzałem na wartko w płynącą wodę, a następnie uniosłem liście drzewa i ścisnąłem je tuż nad nią. Niczym szkło, roślina skruszyła się pod naciskiem magii. Wystarczyło kilka sekund, aby smoczyca skosztowała mego dodatku. Jej źrenice momentalnie zmalały, a następnie wróciły do poprzedniego stanu. Bestia wzbiła się w powietrze i nie zauważając mnie - odleciała w stronę jaskiń koni. Zadrżałem lekko i udałem się za nią.


***


Wylądowałem niemalże od razu, gdy ujrzałem Nirali w towarzystwie praktycznie całego stada oraz, co najważniejsze, swojego smoka. Powstrzymałem się przed wydaniem okrzyku radości.
- Jak to możliwe?
- A jeśli to tylko ich spisek?
Wiele słów usłyszałem, przepychając się między tłumem. Zatrzymałem się dopiero przy naszych trenerkach smoków.
- Musicie przekazać Shirinie, aby przekonała pozostałe smoki do wypicia wody źródeł Bassaltu. -zwróciłem się cicho do Nightmare Moon.- To pomoże.
Wedle mojego przekonania klacz sprawnie przekazała tę wiadomość reszcie. Ja zdołałem natomiast oddalić się od całego zbiegowiska. Z cichą radością wszedłem do swej jaskini, a następnie ułożyłem się na ściółce. Zamknąłem oczy, czując wyraźną ulgę. Buzowała ona w mojej krwi. "Prastary dąb esencją żyć wielu jest (...) kwiat opadnie. (...) Rzecz odwróci jedna z nich. Bez pomocy - zagłada już kroczy."
Ów wróżbita wyjaśnił nam co mamy zrobić już dawno temu.. Gdybym tego nie przeżył nigdy bym nie uwierzył w taką historię...

ZALICZONE!
Bo jakże mogło być inaczej

Widząc takie questy aż serce rośnie, więc oprócz nagród, które otrzymasz za napisanie tego wyczerpującego opowiadania, ode mnie ( może Anglo i Bring też się dorzuci) dostajesz 20 (p) extra + pochwałę.
~ Candy

piątek, 14 sierpnia 2015

Od Wind Mystery C.D Eclipse



Tak… A ty?- odparłam ciągle patrząc w gwieździste niebo.
-Raczej tak…- powiedział koń.
Spojrzałam na niego pytająco.
-Jak to raczej?- zapytałam.
-Po prostu… Idziemy jeszcze dalej?- odparł ogier.
Pokiwałam twierdząco głową. Postanowiłam, że zaprowadzę Eclipse do miejsca, którego jeszcze nikt poza mną nie widział. Miałam ochotę podzielić się z kimś tym, co tam odkryłam, a ten ogier wydawał mi się najodpowiedniejszym koniem.
-Zaprowadzę Cię gdzieś.- powiedziałam i ruszyłam przed siebie.
Niezdecydowany pegaz stanął chwilę w miejscu, po czym ruszył za mną. Po pewnym czasie postanowiłam, że przerwę ciszę, która znów powstała.
-A tak, w ogóle, to ten… Ile masz lat?- zapytałam niepewnie.
-Lat? Ja? Ymm… Sześć, a ty?
-Ja trzy…
-Naprawdę? Zawsze myślałem, że to ja jestem ten młodszy!- zaśmiał się ogier.
Pokazałam mu język i szturchnęłam lekko, po czym zaśmiałam pod nosem. Nagle przed nami ukazała się jaskinia, która miała przejście zakryte wielkim kamieniem. Uniosłam go nieco za pomocą mocy i położyłam dalej. Ruchem głowy nakazałam Eclipse wejść do środka. Nieco niepewnie, ale wykonał polecenie. Weszłam tuż za nim, po czym zamknęłam za nami przejście. Dłuższy czas szliśmy ciemnym, wąskim korytarzem, aż w końcu przed nami ukazał się taki widok:
Nieco mroczny z wyglądu, ciemny las z mostem wyglądającym niezwykle niestabilnie. Była również ścieżka znacznie bardziej bezpieczna na pierwszy rzut oka. Gdy przyszłam tu za pierwszym razem poszłam ścieżką. W magicznym lesie było wiele niebezpieczeństw. Co prawda nie były one niebezpieczne dla mnie w końcu panowanie nad przyrodą działa we wszystkich miejscach. Drugi raz zaś poszłam mostem. Pozory mylą, więc most okazał się bardzo stabilny nawet raz nie poruszył się pod moim ciężarem. Na końcu tego mostu skrywana była tajemnica. Tylko trzeba było umieć dojść do tej tajemnicy. Potrafiły to tylko konie, które ufały intuicji i były wyjątkowe.
-Chodź mostem.- odparłam.
-Mostem? A nie lepiej tą ścieżką?- zapytał ogier pokazując głową na drogę obok mostu.
-Nie. Chodź. Zaufaj mi.- odparłam i popatrzyłam Eclipse w oczy.
Ruszył za mną nieco nie zdecydowanie, ale gdy tylko zorientował się, że most mimo wszystko jest stabilny ruszył nieco pewniej. Szliśmy mostem w ciszy. Nagle przed nami ukazało się rozwidlenie dróg. Po lewej stronie było pełno kwiatów i zieleni, a po drugiej rosło tylko jedno, ale za to bardzo piękne i rozłożyste drzewo. Bez wahania wybrałam drogę z jednym drzewem. Ogier popatrzył się na mnie niepewnie, ale ruszył za mną. Po krótkiej chwili uschnięty krajobraz przerodził się w pełne bujnej roślinności miejsce. Po tamtej stronie natomiast po tym samym czasie krajobraz stawał się straszny- wiem, bo z ciekawości tam poszłam i potem żałowałam. Było jeszcze kilka rozwidleń, ale za dużo by tu opisywać. Nagle przed nami ukazał się przepiękny, biały smok, a raczej- smoczyca:

Z początku może się wydawać groźna o taka jest, ale tylko dla obcych, a ja obca jej nigdy nie była. Eclipse stanął jak wryty i otworzył pysk ze zdziwienia. Uśmiechnęłam się lekko i zwróciłam do smoczycy w nieznanym ogierowi języku:
-Wpuścisz nas Ezel?
-Jasne.- uśmiechnęła się.Smok odsunął się, a ja razem z pegazem weszłam do miasta duchów:


-Wooow… Co to za miejsce?- zapytał oniemiały Eclipse.
-To miasto duchów. Trafiają tu dusze zmarłych zwierząt. Ale jest jeden warunek. Żeby tu trafić musisz przekonać Ezel- smoczycę, która strzeże wejścia-, że się tu nadajesz. A, to nie jest wcale takie proste. Jeśli nie przekonasz Ezel- trafisz do Otchłani. Mało istot jeszcze żyjących ma prawo wstępu, tutaj. Możesz być zaszczycony.- uśmiechnęłam się.
-Nieźle…- odparł Eclipse.
-Wiem. Co chcesz zwiedzić?- zapytałam.




<Eclipse? A mnie natchnęło x D.>