Zabolało mnie trochę, że spytała skąd jestem. Sam do końca nie wiem, w końcu się włóczę.
- Czyli cały czas byłaś w stadzie? Jeśli tak, to gratuluję porządności stada. Moje by nigdy mnie nie zatrzymało. - Wiedziałem, że rodzice mnie nie kochali, znienawidzili mnie, w końcu byłem 'przeklęty'.
- Dziękuję. - Vessiera znów zatrzepotała swoimi długimi rzęsami i się roześmiała.
- W moim przypadku.. co tu dużo mówić. Mówili, że jestem przeklęty, że sprowadzę na stado zło. Czemu? Bo nie urodziłem się jednorożcem, tylko zwykłym koniem! A dla pary królewskiej to zniewaga! - Ze złości po przypomnieniu największego ciosu, który kiedykolwiek otrzymałem kopnąłem kamyk do wody, który z pluskiem obniżał się do dna.
- Przepraszam.. nie wiedziałam. - Klaczy nawet trochę nie ubyło jej szlachetnej dumy. No i jak ja się dogadam z czystej krwi pegazem?
- Wiem, nie mam Ci tego za złe. - Nie chciałem być nie miły, po prostu nie lubię poruszać tego tematu - bo po co? Sprawia mi to przykrość, ale skąd inne, nieznajome konie miałyby to wiedzieć? No właśnie. Należało po prostu zostawić czepliwe i nieprzyjemne komentarze w spokoju.
- To dobrze. Mówisz, że się włóczysz? - Wyczuwałem, że coś chce na mnie wymusić, dokładniej zapewne dołączenie do stada.
- Tak. Szukam stada. - Drugą część mojej wypowiedzi powiedziałem 'przypadkiem'.
- To świetnie się składa! Zaprowadzę Cię do Snow Flame, jest przywódczynią stada, po odejściu.. nieważne, lecimy! - Vessiera rozpromieniła się i wzbiła w powietrze. Złapałem jej skrzydło zębami. - Ej, co ty robisz?! - Klacz chyba zapomniała, że nie latam.
- Nie wiem czy zauważyłaś, ale nie mam skrzydeł. Niestety, nie możemy polecieć.
- Ach, zapomniałam. To w takim razie CHODŹ.
- Od razu lepiej. - Uśmiechnąłem się ciepło do klaczy. - Przepraszam, że pytam, ale od kiedy jesteś w tym stadzie?
- W sumie to od niedawna. Może trochę przyspieszymy? - Nie czekając na odpowiedź przyspieszyła do galopu, a ja za nią. Przeprowadziła mnie przez las, Las Kaskady, który już znałem. Słyszałem dużo krzyków:
- Amaretto! Gdzie biegniesz?
- Będziesz miał stado?
- Czemu rezygnujesz z włóczęgostwa?
Były to odgłosy zwierząt, roślin, które dopytywały się mnie o wszystko. Ze spokojem odpowiadałem im, że klacz galopująca koło mnie zaprowadzi mnie do przywódczyni stada, że być może dołączę, że męczy mnie samotność.
- Co ty tam mruczysz? - Vessiera znalazła się ekspresowo bliżej mnie i zapytała z ciekawością.
- A nic takiego. Odpowiadam tym roślinkom i zwierzętom.
- Pewnie rozumiesz język każdej istoty, co? - Klacz szybko zoorientowała się, o co chodzi. Nie musiałem odpowiadać, wiedziała, że mam taką umiejętność. Klacz dmuchnęła mi w oczy, i pod wpływem szybszego przesunięcia się drobin w powietrzu, zawiał lekki wietrzyk i jeden z moich jasnych kosmyków spadł mi na oczy, co sprawiło, że spowolniłem. Nie odpuściłem za to Vessierze, o nie nie! Dmuchnąłem wiatrem w jej stronę.
- Co robisz?! - Krzyknęła i oboje zaczęliśmy się śmiać. Dobrze szło mi nawiązywanie kontaktu z tą klaczą. Dalsza wędrówka minęła bez zbędnych przeszkód (oczywiście nie licząc docinek Vessie, które dotyczyły mojej starej torby) i znaleźliśmy się na zielonej, prześlicznej łące. Pasły się tam konie, klacze i ogiery. Były tu pegazy, jednorożce jak i zwykłe konie - takie, jak ja. Klacz zwolniła do kłusa i zmierzała w stronę jasnej, skrzydlatej klaczy, która nosiła pewnie imię Snow Flame.
- Snow Flame, mamy gościa! - Krzyknęła uradowana, widocznie stado ostatnio coraz bardzo się powiększało.
- Bardzo mi miło, jak masz na imię przybyszu i skąd jesteś? - Zaciekawiona Snow Flame wpatrywała się we mnie, a raczej w moją torbę. Jednak nie czekając na odpowiedź dodała - To Ty ze stada jednorożców jesteś? Przecież nie masz rogu! - Spojrzałem na moją torbę. "No tak, logo mojego stada, wyryty jednorożec. W sumie, zrobiłem go jeszcze dopiero po odłączeniu od stada."
- No widzisz, tak się składa, że ta dwa pytania mają tą samą odpowiedź. Jestem ze stada jednorożców, jestem potomkiem królewskiej pary, uważają mnie za przeklętego, bo nie urodziłem się z rogiem i mnie wygnali. Jednak ta historia jest na dłuższą chwilę. Jestem Amaretto.
< Czy tylko ja mam takie wrażenie, czy dodałam za dużo dialogów? ;o; Snow Flame, lub Vessie? >
piątek, 29 stycznia 2016
czwartek, 28 stycznia 2016
Konkurs, nowe tereny i podziękowania. :)
Walentynki:
Wybierz jeden z podanych tematów:
• Napisz opowiadanie. Uwzględnij przygotowanie i podarowanie kartki walentynkowej swojej sympatii. Może zdobędziesz się również, na mały podarunek? Minimum 20 linijek.
• Przygotowania do walentynkowej imprezy trwają! Jak się potoczą? Zaciśniesz więzy ze swoim ukochanym/ukochaną czy może ujrzysz swą prawdziwą miłość?
• Sporządź dowolną techniką kartkę walentynkową. (Tych ze sklepu nie przyjmujemy! :D) Wyklejanka, rysunek czy może coś jeszcze ciekawszego? Liczymy na Twoją kreatywność!
Nagrody:
150 zm
40 punktów.
Blanco odkrył też trzy nowe tereny dostając też pochwałę. Zapraszam do zajrzenia na stronę: Terytorium.
Dziękujemy! :) Liczę, że teraz w trakcie ferii będziecie bardzo aktywni (!)
~~Snow
Od Blanco Yamiro do ...
A co dokładnie podkusiło mnie na tą wieczorną, przyjemną wędrówkę? Absurdalne, bezkompromisowe i beznadziejne nic. Od lat kilku właśnie to wodzi mnie za nos. Nieprzerwanie. Rosło obeznanie świata... Podobnie jak moja niechęć, do jego dalszego poznawania. Oczekuje kresu ścieżki, w którym zatrzymuje się, aby już nigdzie niczego nie szukać. Nie gonić tego, czego nie ma. Skręciłem w stronę oblodzonej drogi, przecinającej łąkę. Obserwowałem tajemniczy gatunek kwiatów, który jako jedyny kwitł, ignorując warunki pogodowe. Roślina krokusem nie była i gdyby to był jeden z moich produktywnych dni, pewnie zastanawiałbym się nad tym. Choć trawa ukryta była pod warstwą śniegu, te kwiaty zdecydowanie dodawały całemu miejscu barwy. Zatrzymałem się, spoglądnąwszy na barwny horyzont. Owy zachód słońca był niesamowity. Mienił się barwami różu, który od lewej strony kumulował się w żółć, nieboskłon przechodził do pomarańczowej barwy, a następnie znów wracał do różowej, która przyciemniała się aż do fioletu. Wyżej tkwiło już tylko granatowe niebo, symbolizujące powolną śmierć dnia. Odwróciłem głowę od tego boskiego obrazu, gdy moje uszu usłyszały kroki, a do nozdrzy dotarła nieznajoma woń. Ujrzałem obcego konia i takowy fakt nie zdziwił by mnie zupełnie, gdyby nieznajomy nie podszedł w moją stronę, a następnie na mnie wpadł. W pysku trzymał pęk tych tajemniczych kwiatów, które pod wpływem zderzenia upadły na ziemię. Koń przeprosił mnie krótko, pozbierał bukiet, a następnie wyminął mnie i zatrzymał się ponownie, przy innym miejscu, w którym rosło więcej roślin.
- Uważaj, bo znów na kogoś wpadniesz. -Mruknąłem, patrząc na niego spode łba.
Choć nie szczególnie mnie to interesowało, przyglądałem się jak nieznajomy szybko zrywa kolejne łodygi, oddala się, a następnie znów zatrzymuje i zbiera.
- Robisz wianek? -Zapytałem żartobliwie, wyczuwając niekomfortową ciszę.
- Nie. -Odparł, nie obdarzając mnie nawet najkrótszym spojrzeniem
- To sory, ale po co Ci te chwasty? -Kontynuowałem znużony.
[Ktoś?]
- Uważaj, bo znów na kogoś wpadniesz. -Mruknąłem, patrząc na niego spode łba.
Choć nie szczególnie mnie to interesowało, przyglądałem się jak nieznajomy szybko zrywa kolejne łodygi, oddala się, a następnie znów zatrzymuje i zbiera.
- Robisz wianek? -Zapytałem żartobliwie, wyczuwając niekomfortową ciszę.
- Nie. -Odparł, nie obdarzając mnie nawet najkrótszym spojrzeniem
- To sory, ale po co Ci te chwasty? -Kontynuowałem znużony.
[Ktoś?]
Nowy koń!
Imię: Blanco Yamiro
Płeć: ♂
Wiek: Kiedy został wygnany ze stada miał 2 lata. Od tego wydarzenia minęło siedem lat. Długowieczny.
Rasa: Koń
Hierarchia: Stanowisko. Jedyna z najważniejszych decyzji w procedurze dołączania do nowej społeczności... Z początku pragnął zostać malarzem. Teraz jednak wie, że jego umiejętności zakończyły ewoluowanie na rysunku konika z kreseczek. Kolejnym punktem zainteresowania była funkcja inżyniera. Profesja z zakresu kreatywność została odrzucona, po tym jak zorientował się, że jedyne co potrafi skonstruować to posłanie ze słomy. Dalsza droga była prosta. Medyk. Przez całe życie studiował anatomię najróżniejszych zwierząt, lecz zapomniał o gatunku kopytnych. Choremu podałby cis ze względu na kolorową barwę. Nawet najkrótszy żywot musi być przecież szczęśliwy! W ostateczności chciał podjąć się pracy jako wojownik, jednakże coś tak banalnego dla tak oryginalnego konia jak on? W życiu! Zdecydował się zostać Smoczym Trenerem, chociaż poziom cierpliwości do tych stworzeń odpowiada u niego temu co do źrebiąt.
Cechy charakteru: Z pozoru istota nie wyróżniająca się z tłumu niemalże niczym. Młody ogier o przeciętnym wyglądzie i równie zwyczajnym podejściu do życia. O ile jakiekolwiek ma, gdyż są osoby skłonne sądzić, że nasz bohater jest równie płytki, co kałuża. Perspektywa, z której spogląda na świat nie jest trudna do zrozumienia, toteż warto jest ją poznać. Prosty koń - niezwykle pomocny i przyjacielski. W każdym geście, czy też słowie naszego bohatera, przejawia się uprzejmość oraz kultura i tolerancja, a jego jednym żywicowym celem jest nader pozytywne, zmienianie świata na lepsze. Nic bardziej mylnego! Wiele można o nim powiedzieć, lecz te cechy nigdy nie zagoszczą w jego równie oryginalnej, co skomplikowanej osobowości. Oto on. Koń prezentujący wyłącznie grubą skorupę, która ma za zadanie, nie tylko pieczętować jakże hardą osobowość, ale i absolutny brak zainteresowań i ogółem rzecz biorąc wszystkiego, co mogłoby chwycić za oko, przeciętnego towarzysza niedoli. Marzenia, które posiada już dawno ograniczyły się do życia bez głupoty swojego otoczenia, gdyż tej doznał aż zanadto. Spokojnie, nie musisz się jednak martwić. Zapewne, jako przykładny obywatel, masz do czynienia z taką osobowością nie pierwszy raz, toteż tabliczki z tłustymi, czerwonymi literami, głoszącymi"Uwaga, nie drażnić!" pewnie nie muszę wywieszać. Może po tym oficjalnym wstępie, przejdźmy w końcu do rzeczy. Yamiro - osobowość nadzwyczaj wybredna, wścibska i ciekawska. Jego "zacną" uwagę rzadko przykuwa coś na więcej niż pół minuty. Zorientować się można, że zbyt długo nie wytrzyma w związku, jeśli w ogóle będzie miał okazję takowego doznać. Od czasu niezbyt szczęśliwego dzieciństwa, jest szczerze zniechęcony do ufania innym. Nikogo nie potrafi nazwać przyjacielem, czy chociażby bliską osobą. Zdążył się przekonać, że strata tych osób naprawdę boli. Na co dzień woli zachować swą kamienną twarz i zaszyć się w lubej samotności. Intrygują go ciemne kolory oraz osoby o równie zróżnicowanym podejściu do życia. Nie oznacza to, że od tych jaskrawych barw trzyma się w bezpiecznej odległości, w obawie iż są rzadką i śmiertelną chorobą. Nie oznacza to jednak, że Yamiro jest samotnikiem. Wręcz przeciwnie. Znacznie pewniej czuje się w towarzystwie, o czym świadczy jego wiecznie uśmiechnięta gęba. Pytaniem pozostaje, co ten cyniczny grymas w jego domniemaniu, może oznaczać? Często porównywany jest do egoisty, ale prócz tego, że dba o swoje bezpieczeństwo, stara się zaopiekować innymi. Ha! Żartuję. Yamiro myśli tylko i wyłącznie o sobie, i czasem poważnie zastanawiam się, czy jakieś zmiany genetyczne ie sprawiły, iż faktycznie widzi tylko czubek swojego nosa. Owy osobnik jest w stanie dojść do celu choćby i za wszelką cenę. Zrobi wszystko, aby osiągnąć obrany cel. Porażki go nie zatrzymują. Działają na niego jak płachta na byka i tylko pobudzają do działania. W ten sposób obiera także swoje działania. Jeśli już - rzuca się na głęboką wodę, bo jak uważa stamtąd jest najdalej do dna. Od zamierzchłych czasów nie miewa wyrzutów sumienia. To właśnie wydarzenia wstecz, wypaliły w nim resztki empatii. Jeśli jednak zdarzy mu się poważniej kogoś zranić, usprawiedliwia się tym, że świat nigdy nie będzie tak piękny i sprawiedliwy, jak każdy chciałby, żeby był. Niestety, jego głupie odzywki są tylko dowodem, jak naprawdę potrafi być niedojrzały. Samowystarczalny. Uważa, że najlepiej jest być zdanym wyłącznie na siebie i angażować się tylko we własne sprawy. Poza tym, nie toleruje natrętów, którzy zawzięcie dążą do zrealizowania celu, związanego z jego nieszczęsną osobą. Namacalną wręcz pogardą pała do kłamców i tchórzy, którzy w jego mniemaniu są chodzącym utrapieniem, zmorą dzisiejszego świata. W sumie to jedno, zbytnio nie różni się od drugiego. I tu pojawia się jego lepsza strona, a mianowicie... szczerość. Choć w jego wykonaniu zazwyczaj odbierana jest jako kolejna, perfidna próba obrazy. Jednym z wielu źródeł jego problemów, jest nienawiść w stosunku do rozkazów. Kłopoty rozprzestrzeniają się, gdy kolejny raz z kolei nie wykona otrzymanego polecenia. Nie da sobie wejść na głowę, a z niekorzystnych sytuacji wychodzi obronną ręką. Z całego serca stara się nie okazywać aroganckiej strony swej osobowości, jednak w otoczeniu beznadziejnych idiotów, uszczypliwe słowa same wychodzą mu z ust. Istnieje przecież bardzo mądre stwierdzenie, iż z debilami się nie dyskutuje, nieprawdaż? Szkoda, że pomimo największych starań, nasz bohater nie przyjął go sobie do serca.
Rodzina: Ojciec: Lyfen An Gelhe | Matka: Selcariuna K | Bracia: Emperor & Incognito
Partner: On i jego podejście do miłości.
Historia: Pierwszy raz obudzony delikatnym podmuchem wiatru otworzył swe ślepia i rozglądnął się wokoło. Świat był przepiękny. Jasny i... promieniujący energią. Znajdował się w cudownej, lodowej jaskini, tak przestronnej jakoby wszędzie było pełno luster. Rozweselony kręcił się w koło i usiadł, gdy płatek śniegu wylądował wprost na jego czarnych jak węgiel chrapach. Wszystko było takie magiczne... Poczuł się beztrosko i bezpiecznie. Słyszał świsty i czuł podmuchy wiatru za plecami. Był tylko źrebięciem, więc nie wiedział w co się pakuje. Ciekawość wzięła nad nim górę. Delikatnie stawiał kopyta na ziemi i odciskał na niej ślady, na zawsze. Zauważył jeszcze większy blask i zauroczony wyszedł z jaskini. Blaskiem było słońce, a jego podłożem podbiegunowe morze. Od tamtej pory wędruje po całej ziemi, ale jego historia nigdy się nie kończy.
Nadzwyczajne umiejętności:
• Potrafi wpłynąć na zachowanie, czyny oraz myśli stworzenia, na które spojrzy. Jest to pewien rodzaj hipnozy, umożliwiający również wpływanie, modyfikowanie czy wymazywanie wspomnień. W rezultacie tworzy barierę za pomocą magii, która blokuje dostęp do jego umysłu. Wszelkie próby manipulacji telepatycznej na jego osobie, kończą się atakami silnego paraliżu pnia mózgowego, a w rezultacie śmiercią.
• Słyszy dźwięki każdej częstotliwości.
• Dawniej zajmował się sekcjami zwłok. W tym okresie zdążył wykuć sobie zewnętrzną jak i wewnętrzną anatomię wszelakich istot. Aby ta wiedza nie poszła w zapomnienie, stworzył specjalny dziennik, w którym zapisuje nie tylko poznaną anatomię, ale i właściwości ziół, zaklęcia oraz runy. Blanco Yamiro zna najróżniejsze techniki, dzięki którym jest w stanie powalić na ziemię silniejszego osobnika bez użycia magii. Jest niesamowite precyzyjny i jednym słowem - skuteczny. Nauczył się kontrolować każdy ruch mięśni, czy też drżenie ciała. Jego doświadczenie pomaga mu, przewidzieć ruchy przeciwnika. Co więcej, nasz zielonooki ogier jest zabójczo inteligenty. Zbyt inteligenty, aby osobiście konfrontować z rywalem. Potrafi powiedzieć sobie prosto w oczy, że jest za słaby, aby odnieść jakiekolwiek zwycięstwo. Jednak wspomniane wcześniej atuty... Całość tworzy śmiertelną broń.
Pochwały/Upomnienia: 0/0
Właściciel: Wefree (Doggi-Game)
środa, 27 stycznia 2016
Od Vessiere CD. Amaretto
Sfrunęłam lekko przed młodego ogiera. Zlustrowałam go udając poważną. Czemu udawałam? Bo było mi smutno jak spojrzałam na jego torbę- totalna żenada. Powinnam przerwać swoje przeżywanie tego, co zauważyłam, bo nie było na to czasu. Muszę donieść Snow Flame o tym, że mamy gościa. Pewnie i on zdecyduje się dołączyć do naszego stada. Ja też nie jestem tu długo, więc nie będę tak samotna jeżeli chodzi o nierozgarnięcie w terenie.
- Skąd przybywasz, Amaretto? - zapytałam poważnym tonem.
- Emm... Z Telrain'u. -odpowiedział z delikatnym uśmiechem na pysku.
- Ale śmieszne... - prychnęłam - Z Telrain'u jest tutaj każdy. Jakieś bardziej szczegółowe informacje?
- No... Bo ja... - jąkał się ogier nie wiedząc co powiedzieć - Eh... A jak Ty się nazywasz?
- Nie ze mną takie gierki, dobrze? Aczkolwiek wypadało by się przedstawić. Jestem Vessiere Del Gévieve. Z rodu pegazów w południowej części naszego kraju. - oznajmiłam i uwodzicielsko zatrzepotałam rzęsami.
Jednak na ogierze nie zrobiło to większego wrażenia i przeszedł do tłumaczenia się- nadal ze sprawa pochodzenia.
- Wygnali mnie ze stada! - powiedział trochę wściekły na mnie.
Widziałam na jego pysku grymas oznajmiający, że Amaretto jest zniesmaczony moją osobą, ale szybko mu przeszło. Nie potrafił się porządnie wściec, w porównaniu do mnie. Ogier wziął kolejny łyk wody z wodospadu. Ja z resztą też. Zaschło mi w gardle po tej, jakże, ciekawej rozmowie. Gdy ogier skończył pić uśmiechną się do mnie i powiedział:
-...
<Amaretto?>
- Skąd przybywasz, Amaretto? - zapytałam poważnym tonem.
- Emm... Z Telrain'u. -odpowiedział z delikatnym uśmiechem na pysku.
- Ale śmieszne... - prychnęłam - Z Telrain'u jest tutaj każdy. Jakieś bardziej szczegółowe informacje?
- No... Bo ja... - jąkał się ogier nie wiedząc co powiedzieć - Eh... A jak Ty się nazywasz?
- Nie ze mną takie gierki, dobrze? Aczkolwiek wypadało by się przedstawić. Jestem Vessiere Del Gévieve. Z rodu pegazów w południowej części naszego kraju. - oznajmiłam i uwodzicielsko zatrzepotałam rzęsami.
Jednak na ogierze nie zrobiło to większego wrażenia i przeszedł do tłumaczenia się- nadal ze sprawa pochodzenia.
- Wygnali mnie ze stada! - powiedział trochę wściekły na mnie.
Widziałam na jego pysku grymas oznajmiający, że Amaretto jest zniesmaczony moją osobą, ale szybko mu przeszło. Nie potrafił się porządnie wściec, w porównaniu do mnie. Ogier wziął kolejny łyk wody z wodospadu. Ja z resztą też. Zaschło mi w gardle po tej, jakże, ciekawej rozmowie. Gdy ogier skończył pić uśmiechną się do mnie i powiedział:
-...
<Amaretto?>
wtorek, 26 stycznia 2016
Od Khaona do Brez Kril'a
Nagle otworzyłem oczy i poczułem przenikliwy chłód- nie fizycznie lecz psychicznie. Właśnie uświadomiłem sobie, że mój kolega, Reamonn, nie żyje. Umarł, ale chyba tak jest dla niego lepiej. Mimo wszystko go polubiłem. A Roxolanne? Nie poznałem jej, tak na dobrą sprawę, ale zawsze ja szanowałem. W końcu była przywódczynią. Teraz jest nią Snow Flame. Ciekaw jak sobie poradzi... I jeszcze Kukulkan. On mnie nigdy nie lubił. Z reszta z wzajemnością. Aczkolwiek brakuje mi tego gryzienia rogów, złośliwych zaczepek... Jednak trzeba się z tym pogodzić.
Wtem usłyszałem pukanie do drzwi. Leniwie zwlokłem się z mojego posłania, spojrzałem na zegar w kuchni i podszedłem do drzwi. Spojrzałem przez tę pamiętną szparę w drzwiach. Tyle wspomnień w jednych drzwiach... Ale teraz to takie ważne. Więc uchyliłem drzwi i już w całej okazałości zobaczyłem Snow Flame.
- Chciałabym ogłosić, że...
- Tak, wiem: Reamonn nie żyje, a Roxolanne odeszła z Kukulkanem i już nigdy tu nie wróci. Przykre, lecz prawdziwe. - nie dałem jej dokończyć i zatrzasnąłem drzwi
Poczułem smutek. Rzadko mi się to zdarza, a jeżeli już to wtedy, gdy ogarnia mnie on całego i nie daje spokoju. Na podłogę z desek spadła moja łza. 'Chlast!' Raz po raz można było usłyszeć ten dźwięk. I ponowne pukanie do drzwi oraz melodyjny głos Snow Flame.
- Wszystko w porządku? Haloo?!
Nie odpowiadałem. Jednak teraz usłyszałem stukot kopyt. Odgłos był coraz to głośniejszy, ktoś się zbliżał. Dało się usłyszeć głos jakiegoś ogiera.
- Czemu tutaj tak stoisz? Coś się stało...?
Wtem usłyszałem pukanie do drzwi. Leniwie zwlokłem się z mojego posłania, spojrzałem na zegar w kuchni i podszedłem do drzwi. Spojrzałem przez tę pamiętną szparę w drzwiach. Tyle wspomnień w jednych drzwiach... Ale teraz to takie ważne. Więc uchyliłem drzwi i już w całej okazałości zobaczyłem Snow Flame.
- Chciałabym ogłosić, że...
- Tak, wiem: Reamonn nie żyje, a Roxolanne odeszła z Kukulkanem i już nigdy tu nie wróci. Przykre, lecz prawdziwe. - nie dałem jej dokończyć i zatrzasnąłem drzwi
Poczułem smutek. Rzadko mi się to zdarza, a jeżeli już to wtedy, gdy ogarnia mnie on całego i nie daje spokoju. Na podłogę z desek spadła moja łza. 'Chlast!' Raz po raz można było usłyszeć ten dźwięk. I ponowne pukanie do drzwi oraz melodyjny głos Snow Flame.
- Wszystko w porządku? Haloo?!
Nie odpowiadałem. Jednak teraz usłyszałem stukot kopyt. Odgłos był coraz to głośniejszy, ktoś się zbliżał. Dało się usłyszeć głos jakiegoś ogiera.
- Czemu tutaj tak stoisz? Coś się stało...?
<Brez Kril?>
Od Darwen'a C.D Snow Flame
Ogier przez chwilę stał cicho i wsłuchiwał się w dialog między dwoma klaczami. Snow była cała w skowronkach, lecz druga pegazica nie podzielała jej entuzjazmu. Wręcz była lekko przestraszona i zdezorientowana postawą Snow.
Darwen szukał widoku takiej klaczy w swojej pamięci. Zastanawiał się chwilę nad tym, po czym nagle ją sobie przypomniał. Jak nie mógł pamiętać narzeczonej Columbus'a, która nią była jeszcze parę miesięcy temu! Jedna z córek tamtejszego zielarza, Argusa. Praktycznie każdy ogier z poprzedniego stada się w niej podkochiwał!
- Snow... Ja ją znam... - odezwał się nieśmiało Darwen.
Klacz wytrzeszczyła oczy, a jej źrenice się jakby powiększyły.
- Skąd? - zapytała roztrzęsionym głosem.
- I nie jestem do końca pewny, czy ona na pewno jest twoją siostrą... - to zdanie wypowiedział niemal szeptem.
- Jak to nie jest?! Oczywiście, że jest! - krzyknęła pegazica.
- Darwen, ja wszystko wytłumaczę. Daj mi czas - rzuciła błagalnym tonem Eleanore.
- Wy się znacie?! - wykrzyknęła Snow i otarła łzy zbierające się w kącikach oczu. - Jeśli to żart, to wyjątkowo nieudany.
Wzbiła się szybko w powietrze i pofrunęła w stronę Wodospadu.
- Snow Flame, wracaj. Proszę - krzyczał ogier w jej stronę. Kiedy nie otrzymał odpowiedzi znów krzyknął. - Snow, błagam...
Klacz jednak go nie słuchała. Darwen zaczął za nią galopować, a Eleanore leciała za nim. Musieli dogonić pegazicę. Zatrzymali się przed domem Khaon'a. Ogier zapukał trzy razy energicznie w drzwi.
- Już idę, idę - mówił ospale lokator chatki.
Otwierając drzwi oparł się o komodę.
- Czego?
- Potrzebne mi jest coś na uspokojenie. Najlepiej coś mocnego i działającego natychmiast.
Khaon zignorował wypowiedź ogiera i wpatrywał się w jego towarzyszkę.
- Niezłą sobie klacz przygruchałeś, kochasiu - powiedział szaman wskazując kopytem na Eleanore.
- To... stara znajoma. Dawno się nie widzieliśmy i postanowiła mnie odwiedzić - Co z resztą po części było prawdą.
Tylko uniósł lekko jedną brew i wszedł do domu w poszukiwaniu ziół. Zaglądając do wnętrza, Darwen zauważył skromnie umeblowany dom z 4 pomieszczeniami. Salonem, kuchnią, łazienką i sypialnią.
Po minucie szaman wrócił z ziołami zapakowanymi w szary papier.
- Korzeń amarantusa i kwiat piołunu - powiedział od niechcenia. - Wrzuć do kubka i zalej ciepłą wodą.
I już ogier zatrzasnął drzwi od swojego domu. Tyle go widzieli. Pędem ruszyli do chatki Darwen'a, przechodząc po niej jak tornado w poszukiwaniu termosu. W końcu znaleźli i Eleanore wszystko zalała wrzątkiem. Ogier złapał herbatę i ruszył nad Wodospad.
Tak jak się spodziewał, zastał tam Snow, która cicho płakała z głową schowaną pod skrzydłem. Podszedł do niej i lekko szturchnął, po czym podał jej termos.
- Wypij, a będzie Ci lepiej - powiedział spokojnie.
Czekał teraz na reakcję klaczy.
Darwen szukał widoku takiej klaczy w swojej pamięci. Zastanawiał się chwilę nad tym, po czym nagle ją sobie przypomniał. Jak nie mógł pamiętać narzeczonej Columbus'a, która nią była jeszcze parę miesięcy temu! Jedna z córek tamtejszego zielarza, Argusa. Praktycznie każdy ogier z poprzedniego stada się w niej podkochiwał!
- Snow... Ja ją znam... - odezwał się nieśmiało Darwen.
Klacz wytrzeszczyła oczy, a jej źrenice się jakby powiększyły.
- Skąd? - zapytała roztrzęsionym głosem.
- I nie jestem do końca pewny, czy ona na pewno jest twoją siostrą... - to zdanie wypowiedział niemal szeptem.
- Jak to nie jest?! Oczywiście, że jest! - krzyknęła pegazica.
- Darwen, ja wszystko wytłumaczę. Daj mi czas - rzuciła błagalnym tonem Eleanore.
- Wy się znacie?! - wykrzyknęła Snow i otarła łzy zbierające się w kącikach oczu. - Jeśli to żart, to wyjątkowo nieudany.
Wzbiła się szybko w powietrze i pofrunęła w stronę Wodospadu.
- Snow Flame, wracaj. Proszę - krzyczał ogier w jej stronę. Kiedy nie otrzymał odpowiedzi znów krzyknął. - Snow, błagam...
Klacz jednak go nie słuchała. Darwen zaczął za nią galopować, a Eleanore leciała za nim. Musieli dogonić pegazicę. Zatrzymali się przed domem Khaon'a. Ogier zapukał trzy razy energicznie w drzwi.
- Już idę, idę - mówił ospale lokator chatki.
Otwierając drzwi oparł się o komodę.
- Czego?
- Potrzebne mi jest coś na uspokojenie. Najlepiej coś mocnego i działającego natychmiast.
Khaon zignorował wypowiedź ogiera i wpatrywał się w jego towarzyszkę.
- Niezłą sobie klacz przygruchałeś, kochasiu - powiedział szaman wskazując kopytem na Eleanore.
- To... stara znajoma. Dawno się nie widzieliśmy i postanowiła mnie odwiedzić - Co z resztą po części było prawdą.
Tylko uniósł lekko jedną brew i wszedł do domu w poszukiwaniu ziół. Zaglądając do wnętrza, Darwen zauważył skromnie umeblowany dom z 4 pomieszczeniami. Salonem, kuchnią, łazienką i sypialnią.
Po minucie szaman wrócił z ziołami zapakowanymi w szary papier.
- Korzeń amarantusa i kwiat piołunu - powiedział od niechcenia. - Wrzuć do kubka i zalej ciepłą wodą.
I już ogier zatrzasnął drzwi od swojego domu. Tyle go widzieli. Pędem ruszyli do chatki Darwen'a, przechodząc po niej jak tornado w poszukiwaniu termosu. W końcu znaleźli i Eleanore wszystko zalała wrzątkiem. Ogier złapał herbatę i ruszył nad Wodospad.
Tak jak się spodziewał, zastał tam Snow, która cicho płakała z głową schowaną pod skrzydłem. Podszedł do niej i lekko szturchnął, po czym podał jej termos.
- Wypij, a będzie Ci lepiej - powiedział spokojnie.
Czekał teraz na reakcję klaczy.
<Snow Flame?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)