sobota, 2 stycznia 2016

Nowości!

Mamy nowe stanowiska takie jak; Kronikarz, Astronom, czy Strateg, a także nowy teren:




Aleja Światła

Aleja Światła prowadzi do Jeziora Amora i z tego powodu nie jest ani trochę mniej romantyczne. Nazwa wywodzi się z tego, że tu nigdy nie jest ciemno. Idealna aleja do romantycznych przechadzek, również w nocy. Legenda głosi, iż Aleja Światła zgaśnie, gdy pojawi się tu pocałunek z fałszywej miłości. 

Dziękujemy Reamonn'owi i Scarlet!:) Dostajecie po pochwale. ^^

Od Scarlet - konkurs

Nadchodzi moja pierwsza wigilia zarówno w HH, jak i wigilia od.. lat dwóch. Nie poznałam wszystkich członków stada, ale w końcu nadarzyła się okazja! Nawet nie zauważyłam jak podeszła do mnie Roxolanne.
- Chcesz może pomóc w przygotowaniach?
- Oczywiście! To moje pierwsze święta.. od 2 lat. Przynajmniej takie, gdzie jest jeszcze inny koń. Do tego czasu święta spędzałam z roślinami. Trochę dziwne, ale roślina to naprawdę zaufany towarzysz.
- No to skoro chcesz, leć na łąkę. Jest gdzieś przy górach. Ja tymczasem szukam Bez Krila, nawet nie wiesz jak trudno go znaleźć! – Odpowiedziała z cichym śmiechem.
- No to powodzenia! Lecę na łąkę. – I to mówiąc odwróciłam się i wzniosłam w górę. Szczerze mówiąc w powietrzu wydawało mi się, że droga trwała chwilkę, mimo, że tak nie było. Wkrótce znalazłam się na kwiecistej łące, gdzie inne klacze przygotowywały się do jutrzejszej Wigilii. Snow Flame uganiała się za chmurą, Skylor spokojnie pasła się na łące i czasami bawiła swoimi piórkami, White Shadow pomagała Snow Flame, Wind Mystery zadbała o delikatny i ciepły wiatr, poprosiła zwierzęta o wszelką ususzoną trawę, czy mech, oraz ptaki, by zaśpiewały podczas Wigilii, Reja zadbała o płatki kwiatów, by ozdobiły stół, a mnie natomiast poproszono o rozstawienie obrusu, stołu i potraw. Zastanawiało mnie tylko, czemu nie ma żadnego ogiera. Musiałam, po prostu musiałam się o to zapytać. Podeszłam do Skylor.
- Skylor, mam do Ciebie pytanie. Czemu nie ma żadnego ogiera? 
- Oni przygotowują co innego. Zawsze tak było i jest. Czy będzie? Nie wiadomo. Wszystko może się zmienić. – czasami dziwi mnie zmienny humor i nastrój Skylor. Szkoda tylko, że nie powiedziała co takiego robią. Złapałam nieskazitelnie biały obrus w pysk i rozłożyłam starannie na stole. Lisy przyniosły siano, które rozłożyłam na zerwanych przez Reję liściach. Do tych mniejszych została wlana woda. Nim się obejrzałam przybiegły wiewiórki z orzechami i króliki z jagodami. Jedzenie było gotowe. Podeszłam tak gdzieś metr od Skylor i zaczęłam się paść. To w końcu okazja, by się poznać.
- Dobra, mów od razu czego chcesz. – Skylor chyba źle mnie zrozumiała..
- Niczego, myślałam, że jesteśmy stadem i możemy trochę porozmawiać. – Już wiedziałam, że rozmowa się nie klei.
- Aha. Masz na imię Sara?
- Nie. Scarlet.
- Ah.. przepraszam. Chyba muszę już iść. – Nie dość, że rozmowa się nie kleiła, to powiedziałam „nie” zbyt oschle. 
- Nie przejmuj się. Ma zły czas. Z czasem dowiesz się, o co chodzi. – Niemal jak grom z jasnego nieba zawisła nade mną Snow Flame.
- Domyślam się. – By zrównać się ze Snow wzbiłam się w górę. – Ma dość zmienne wahania nastroju.
- Trzeba dać jej czas i zrozumienie. Ja już skończyłam i chętnie sobie podjem! - To mówiąc obie wylądowałyśmy na ziemi obok siebie. Zaczęłyśmy skubać trawę. Zaraz potem przygalopowała Reja, aż w końcu wszystkie klacze oprócz Skylor i Roxolanne pasły się na łące. 
- Zastanawiasz się, gdzie jest Skylor?
- Zapewne zmieniła się w jakąś rzecz i ukrywa się w pobliżu. Jest bardzo miła i ma dobre serce, ale jak już mówiłam, ostatnio ma trudny czas.
- Albo mi się wydaje, albo idzie do nas Roxolanne z ogierami niosącymi chrust. Najprawdopodobniej na opał. 
- To czemu nie pościgamy się do nich?
- Jak chcesz. START! - To mówiąc wystartowałyśmy do Roxolanne na skrzydłach, Snow była pierwsza. Nic dziwnego, dobrze latam, ale nie tak jak Snow.. zresztą wolę spokojnie leżeć w zacisznym miejscu.
- Widzę, że już nas wypatrzyłyście! - Zwróciła się do nas Roxolanne. 
- To Scarlet się przyjrzała, a ja po niej. Wszystko jest gotowe, ale Skylor.. chyba wiesz o co chodzi.
- Tak, domyślam się. Poszukam jej zaraz. - Powiedziała to stanowczo z drobnym zatroskaniem - Uwaga! Proszę rozstawić wspólnie ognisko! 
Roxolanne pogalopowała gdzieś za kłusujące ogiery, więc nie zobaczyłam gdzie galopuje. 
Czułam wzrok tego dziwnego szamana na mnie. Posłałam ku niemu podejrzliwe i nieufne spojrzenie, ale w końcu to przeddzień Wigilii - delikatnie się uśmiechnęłam i pomogłam rozstawić ognisko. 

Ognisko rozstawione, każdy rozszedł się w swoją stronę. Tylko 2 ogiery - Black Cherry i Darwen - wojownicy zostali na warcie. Postanowiłam poszukać tym razem jaskini, gdzie osiądę na stałe. Gdy ją znalazłam, księżyc był dawno na niebie. Zmrużyłam powieki i zasnęłam, by obudzić się jutrzejszego dnia.

W końcu słońce raczyło zajrzeć do jaskini i obudzić mnie swoimi promieniami. Otworzyłam powieki, budząc się na kępie trawy, na której położyłam się wczoraj wieczorem. 

Wyszłam na zewnątrz, by ujrzeć rażące w oczy słońce. Owszem, świeciło, ale zimno było strasznie.. postanowiłam się przejść. Hmm, mogę od razu pójść do miejsca, gdzie ma się to odbyć. Rozpędziłam się ze skały przy unoszeniu się w powietrze, by dodać trochę szybkości na start mojego lotu. Wiatr mi sprzyjał, a właściwie Wind Mistery, he he, leciał w stronę łąki. Po dotarciu, okazało się, że nie jestem sama, nie licząc ogierów z warty. Była tu Skylor, Wind Mistery, Khaon na moje nieszczęście oraz Roxolanne. 
- Witaj, Scarlet. Dobrze, że jesteś. Klacze wygrywają z szybkością dotarcia na miejsce, he he.
- Ej, czy przypominasz sobie, by w tym stadzie był skrzydlaty ogier? - Powiedział z drobną pretensją Khaon. On zawsze tam, gdzie nie trzeba.. Po chwili Snow Flame zjawiła się z White Shadow. Przygalopowało całe stado ogierów. Zmierzchało, a Reji cały czas nie było. Zaczęłam się martwić. Poinformowałam Roxolanne i zaczęłam szukać Reji *nie jestem pewna, czy tak to się imię pisze xd *. W końcu zauważyłam ją stepującą w Lesie Kaskady.
- Tutaj jesteś! Wszystko dobrze?
- Taak, czemu się niepokoicie? Już wszyscy są? Przecież jeszcze jest trochę czasu!
- No bo wszyscy już są, w takim razie chodź, przejdę się z Tobą.
Udało mi się zapoznać z Reją, w końcu trafiłyśmy na miejsce i już wszyscy byli gotowi i na miejscu. Czas szybko zleciał i należało się podzielić tz. "Końskim Opłatkiem" - Był to duży liść. Wszyscy zaczęli jeść siano, pić wodę z Gorących Źródeł.. wszyscy życzyli sobie dobrze, ale Khaona jak najmocniej unikałam. Wiem, nie powinnam, ale moje unikanie, było na tyle ograniczone, że na szczęście nikt nie zauważył. Zastanawiałam się tylko, czy dotrwam rok z tym stadem. Wzięłam to, jako postanowienie noworoczne. Po Wigilii długo nie mogłam zasnąć. Z ekscytacji i zadowolenia. Czułam jeszcze ciepło ogniska i słyszałam śpiew ptaków, pamiętam, gdy przeżuwałam mech i trawę, ale czar prysł, gdy zasnęłam.
\



Przypominam,że dziś mamy ostateczny termin nadsyłania konkursowych prac!

Od Scarlet C.D. Khaon do Snow Flame

Z niego jakiś szaman, czy co? Ten grzyb leczniczy, ta roślina - nie odzywała się, ani nie sprzeciwiała. Wiedziała, że.. została stworzona do tego. W każdym razie odleciałam od ogiera. Być może jestem zbyt podejrzliwa, ale muszę się kogoś o niego spytać. Znalazłam przygnębiające miejsce. Cmentarz. Pełno nagrobków. Nie przenocuję tu. Polecę gdzieś dalej. Przynajmniej wiem, gdzie mam się udać, gdy będę w stanie dość nostalgicznym.. Słońce "zeszło" mi z horyzontu. Zauważyłam wschodzący księżyc. Hmm, tam w dole jest samotne drzewo na środku pustkowia. Nie będę się przynajmniej krępować czyimś towarzystwem.. Nie mam ochoty na rozmowę. Nie teraz. Gwieździsta noc. Zleciałam prosto na koronę drzewa. Popatrzyłam się przez chwilę na gwiazdy. Potem zmrużyłam oczy. Zasnęłam.

Gdy się obudziłam, nie byłam sama. Koło mnie leżała siwa, niemalże śnieżna skrzydlata klacz. Przyglądała mi się. Obie już wiedziałyśmy, że posługujemy się telepatią. Nawet dziś nie chciałam prowadzić rozmowy. Wystarczyło pomyśleć i odczytać. O wiele łatwiej. Jednak zaczęła rozzmowę.
- Należysz do HH, prawda? 
- Tak. Ty pewnie zresztą też. Scarlet.
- Snow Flame. Pokażę Ci okolicę. - Poszłam za nią.
- Byłaś może w Grocie Wii? – Wydaje się być miła i przyjacielska. 
- Skąd. Słyszałam tylko, że są tam prehistoryczne malunki. – Nie byłam zbytnio zaciekawiona tą Grotą.. zresztą nie jest do końca zbadana.
- Tak, nie jest do końca zbadana. – Powiedziała z delikatnym śmiechem Flame. Czytała w myślach. No tak.. czego miałam się spodziewać. W dodatku przypomniał mi się ten szaman.. muszę się o niego w końcu spytać! Ale muszę najpierw bardziej poznać Snow. 
- A może byłaś na Rumowisku?
- Nie, ale brzmi ciekawie. Idziemy? To znaczy.. zaprowadzisz mnie Snow Flame?
- W takim razie chodź! Szybciej będzie, jeżeli się przelecimy. – Wzbiłyśmy się w powietrze i leciałam za Flame.


<Snow Flame? ^^>


Przepraszam, Scarlet, że nie dodałam.. Na śmierć zapomniałam.. znowu :(

piątek, 1 stycznia 2016

Od Roxolanne C.D. Reamonn

- Czy.. Chcesz żebym Cię na chwilę tu zostawiła? - zapytała troskliwie klacz.
- Nie. - szepnął ogier. Nie mógł powiedzieć nic więcej z powodu ogromnej guli jaka wyrosła mu na chwilę w gardle, ale mimo to się cieszył. - Zostań. - wydusił chwilę później.
- Niecodziennie się uśmiechasz. - stwierdziła. Gdyby nie całą ta sytuacja, Roxo dostałaby Złotą Łopatę za Odkrycie Roku. - Właściwie nigdy tak szczerze. - ściszyła głos.
- Po raz pierwszy czuję.. - westchnął łapiąc wiatr w grzywę.- Roxo, to dzięki Tobie. - spojrzał na nią uśmiechając się.
- Tak.- odpowiedziała bez głębszego namysłu.. właściwie bez żadnego namysłu. Po chwili dodała: - Zaraz, co? Dlaczego dzięki mnie?
- Bo jesteś aniołem.
- Nie wydaje mi się. - zaśmiała się w najsłodszy możliwy sposób.
- Takim, który zstąpił na ziemię i teraz mnie ochrania. No tak, czy nie? Tak było już na początku, gdy spotkaliśmy się pierwszy raz. Złapałaś mnie w ostatniej chwili, bo inaczej spadłbym w przepaść.
- Niby tak. - Lanne nie ukrywała, że jest rozbawiona całą tą sytuacją. - Twój ogon smakował paskudnie.
- Heh... Podejdź tu, spójrz na ten widok.
- Niebo. - wzruszyła barkami gdy tylko podeszła.
- No aa.. to? To jest śliczne! - wskazał kopytem w dół.
- Skały..to są. - skrzywiła się.
- Ale takie.. Takie inne! Nigdy jeszcze takich nie widziałem!
- Są wszędzie. - śmiech powoli ustępował zażenowaniu, ale nadal dzielnie walczył o swoje miejsce. - Coś za dużo tego szczęścia.. - westchnęła powoli zabierając przyjaciela do domu. Oczywiście nie odprowadziła go na cmentarz. Uznała, że to miejsce na nowo pobudziłoby w nim negatywne emocje.. brak emocji.. jeden pies. Cmentarz znowu by go zmienił, a jej jak na razie odpowiadała wersja konia "na haju".

Po drodze ogier zachwycał się niemalże wszystkim. Od małej biedronki po Kukulkana. Dopiero gdy byli w jaskini, przywódczyni widocznie zrzędła mina.
- Um..Roxo.. Dlaczego jesteś smutna? - dopytywał się ogier
- Nic. - wyrwała szybko, po czym jednak dokończyła: - Po prostu jesteś teraz taki szczęśliwy.. Chciałabym żebyś właśnie tak czuł się zawsze.

Reamonn?

Od Reamonn'a + Smok etap 1.

Tego dnia wybrałem się do Bassaltu, chociaż nie mam zielonego pojęcia po co. Jeśli chodzi o moją listę rzeczy, których nienawidzę, to miasto jest w pierwszej dziesiątce. Jednak z braku laku, i rozwalonej areny postanowiłem przejść się po mieście i znowu poobcinać parę łbów. Nagle moją uwagę przyciągnął cichy pisk. Rozejrzałem się zaintrygowany. Nie widziałem żadnego stoiska ze zwierzętami w pobliżu, a konie raczej takich dźwięków nie wydają. Stanąłem i nastawiłem uszu. Zmarszczyłem zły czoło, ponieważ przez głośne rozmowy koni nie mogłem nic usłyszeć. Kiedy otworzyłem oczy mój wzrok padł na jedno ze stoisk, przykryte spływającą aż do ziemi tkaniną. Nagle materiał dziwnie się poruszył. Podszedłem bliżej i ku niezadowolonemu okrzykowi sprzedawcy wsadziłem łeb pod stoisko. To co ujrzałem przeważyło szalę. Pod straganem stało 5, albo 6 klatek. Natomiast na klatkach siedziały małe smoki. Nie były to jednak zwykłe, zdrowe smoki. Ich drobne ciała były całe pokryte w ranach i świeżej krwi. Zbliżające się ku śmierci istotki ledwo się poruszały. Normalnie nie zrobiło by to n mnie większego wrażenia, ale przykryta płachtą przestrzeń była cała wypełniona zapachem krwi. Moje oczy zamgliły się, poczułem jak powoli odchodzę od zmysłów. Jak mdleję, a budzi się moja furia. Jak najszybciej wyciągnąłem głowę na zewnątrz, było jednak za późno. Ostatnią rzeczą jaką widziałem była pojawiająca się nad moją głową lanca. Potem, widziałem już tylko ciemność.

Gdy na powrót otworzyłem oczy leżałem na Cmentarzu. Nie byłem jednak sam. Nade mną stała Roxolanne i patrzyła się na mnie. Gdy mój obraz się wyostrzył zobaczyłem, że jest wściekła.
- Co ty sobie wyobrażasz? Nie umiesz nad sobą panować?! - zaatakowała mnie słowami na powitanie. Drugie pytanie było wręcz zbędne, ponieważ oboje dobrze wiedzieliśmy, że nie. Pokiwałem więc niemrawo głową patrząc na nią wzrokiem żądającym wyjaśnień.
- Yhymmm...
- Koło południa odwiedzili mnie goście wyjątkowi, straże Bassaltu... - klacz zaczęła swoją opowieść mocno akcentując. - Phi! Całe wojsko przylazło, targając cię ze sobą niczym więźnia, zakutego w kajdany. A ty stałeś pośrodku i śmiałeś się pełen swojej furii. Już ci nie będę mówić jakie straty w koniach tego dnia odnotowano! - ostatnie zadnie Roxolanne wręcz wykrzyczała. Ja jednak nadal leżałem na ziemi, ciągle kiwając głową. Znowu... Kiedy tak leżałem nagle przypomniały mi się te smoki.
- Umm... Roxo... - zacząłem i wyciągnąłem kopyto w jej stronę.
- Jeśli masz zamiar przepraszać, to wiesz, że na to trochę za późno drogi panie!
- Nie, to nie to... To przez te smoki... - powiedziałem cicho odwracając od niej głowę.
- Jakie smoki? - klacz spojrzała na mnie zaciekawiona, a jej głos zmiękł.
- Wiedziałem, że cię to zaciekawi - powiedziałem spoglądając na nią. Roxo słysząc moje słowa prychnęła udając obojętną. Po chwili jednak ponownie nastawiła uszu. - No więc, gdy byłem na bazarze ujrzałem pod jednym ze straganów klatki ze smokami. Niby nie mam nic przeciwko handlarzom zwierząt, ale ciała tych smoczków były tak wyeksploatowane i poranione. A na dodatek ten odór krwi. Potem zamgliły mi się oczy, a resztę już znasz - spojrzałem kontem oka na klacz, która się skrzywiła. Widząc to uśmiechnąłem się.
- Biedne stworzenia... - powiedziała cicho.
- Tsaaa... Patrząc na tą twoją bestię nigdy nie wyobrażałem sobie żeby konie mogły zrobić coś takiego ze smokami - mruknąłem obojętnie.
- Teraz to prędzej Kukulkan doprowadził by ich do takiego stanu, lecz kiedy był mały też był taki jak tamte smoczki. A produkty smoczego pochodzenia są bardzo cenione - powiedziała Roxo patrząc się w niebo. Zastanawiam się jak mogła sobie w tamtej chwili wyobrażać ciała tych smoków.
- Na przykład? 
- Co na przykład? - klacz oderwała się od chmur i spojrzała na mnie.
- Noo... te produkty? - powiedziałem wymownie machając głową.
- Uh... Zęby, kości, łuski... - więcej nie zdążyła dokończyć ponieważ przeszedł ją dreszcz. Jak widać Roxo nie może nawet myśleć o okrucieństwie wobec zwierząt. Widząc jej reakcję ponownie się uśmiechnąłem. Jej reakcja rozbawiła mnie.
- Hm... może i czas bym ja znalazł swojego smoka? - zmieniłem temat spoglądając w chmury. Klacz odetchnęła z ulgą i spojrzała na mnie. 
- Raczej to smok znajdzie ciebie - powiedziała spokojnym głosem.
- Ale chyba można to przyśpieszyć?
- Niby jak? - Roxo odwróciła się w moją stronę nie rozumiejąc.
- Wyjść i pójść go poszukać? - powiedziałem kiwając głową, jakby to była rzecz oczywista.
- Możliwe. Wiesz gdzie?
- Ja nie. Ale znam kogoś kto z pewnością wie
- Kogo? - spytała klacz z zaciekawieniem spoglądając w moją stronę.
- Erm... niech no tylko sobie przypomnę... - powiedziałem budując napięcie. - A, tak! Roxolanne! Mam rację? - wymawiając ostatnie wyrazy szeroko się wyszczerzyłem. Klacz natomiast popatrzyła na mnie poirytowana, po chwili jednak głęboko odetchnęła wzruszając barkami.
- To czego chcesz? - powiedziała ze rezygnacją.
- Coś podobnego do mnie
- Co powiesz na Smoka Nekromancji?
- Całkiem niezłe. Wiesz gdzie? - klacz ponownie głęboko odetchnęła.
- Chodźmy do mnie. Mam w domu kilka map - powiedziała i skierowała się wzdłuż ścieżki. Ja poniosłem się na nogi i udałem się za nią.

Następnego dnia z samego rana stanąłem u stóp Martwych Ziem. Rozwinąłem szeleszcząca mapę i przyjrzałem się wyblakłemu rysunkowi.
- Według Roxo powinienem coś tutaj znaleźć... - mruknąłem i schowałem pergamin do torby. Postanowiłem udać się wzdłuż brzegu jeziora, aby wieczorem rozbić namiot po drugiej jego stronie. Następnego dnia z samego rana udałbym się głębiej w tamte tereny. Ruszyłem więc powoli, ponieważ błoto utrudniało szybkie poruszanie się. Koło południa byłem już całkiem niedaleko wyznaczonego miejsca, postanowiłem więc na chwilę zatrzymać się i rozejrzeć się po okolicy. Krajobraz, cóż tu dużo mówić, nie zmienił się. Tylko woda, błoto, góry, woda, błoto, góry. Nagle usłyszałem głośny ryk. Szybko spojrzałem do góry. Spomiędzy szarych chmur wyleciał czarny smok.
- Ratujcie, wściekła Ember leci! - krzyknąłem i rzuciłem się wzdłuż brzegu. Kiedy ja biegłem, zapadając się i potykając w błocie smok był coraz bliżej. W tym terenie na pewno nie dam rady przed nim uciec, ani go pokonać. Szybko rozejrzałem się w poszukiwaniu twardego gruntu do walki, skąd mógłbym łatwo trafić Ember. Jedynym miejscem, które przyszło mi do głowy był szczyt jednej z gór. Skręciłem i zacząłem biec w jej stronę. Niestety niemożliwe było wejście na szczyt, ponieważ zbocza były bardzo strome. Ja jednak miałem inny plan.- Riv'e tre Draco! - zawołałem. Na początku nic się nie działo, po chwili jednak błoto pod moimi kopytami zaczęło się trząść. Nagle dosłownie spod ziemi wyskoczył wielki smok zbudowany z kości. Wskoczyłem na jego grzbiet dając znak bestii do startu. Ponieważ smok był zbudowany z kości i nie miał błony między skrzydłami nie mógł wzbić się w powietrze. Ja jednak byłem na to przygotowany. Mimo wszystko pięć razy większy smok odemnie nie nie miał problemu z błotem, a jego ogromne szpony ze wspinaczką. Gdy kościotrup biegł w kierunku góry ja trzymałem się mocno jego grzbietu, prosząc by zdążył dotrzeć na górę nim skończy się moja moc. Byliśmy już coraz bliżej szczytu, a smoczyca nas doganiała. W ostatniej chwili udało mi się wskoczyć na płaską powierzchnię, a kościsty smok rozsypał się na kości, które runęły w dół. Resztkami mocy przywołałem moją lancę i stanąłem gotowy do walki. Na przeciwko mnie na skale usiadł ogromny smok. Jednego byłem pewien. Zmęczony i bez mocy nie pokonam Boga. Spojrzałem jednak pełen odwagi w czerwone ślepia smoczycy. Właśnie... czerwone. Oczy Ember nie były czerwone. Podszedłem kilka kroków bliżej.

- Nie jesteś Ember - powiedziałem wpatrując się w oczy zwierzęcia. To jednak tylko przekrzywiło głowę na bok.
- Haaa... przecież mnie nie rozumiesz. Tu przydałaby się Roxo, co? - powiedziałem jakby do siebie. Smok zaciekawiony przerwał warczenie i zbliżył swój pysk do mnie. Kiedy ja byłem zajęty odgrywaniem mojej scenki 'Rozmowy Roxolanne z ptakami' nie zauważyłem, że smoczy łeb znalazł się niebezpiecznie blisko mnie. Smoczyca ruszyła pyskiem, lekko mnie popychając.
- Nie przeszkadzaj! - krzyknąłem w jej stronę. Po chwili jednak przypomniałem sobie w jakiej sytuacji się znajduję. Wyszczerzyłem się więc szeroko z miną 'byłem baaardzo grzeczny'. - Wooops... hehehhheh... - zwierze stało chwilę bez ruchu, a następnie otworzyło szeroko pysk, z którego wydobył się głośny, gardłowy odgłos. 
- Ona... się śmieje? - spytałem samego siebie zdziwiony przekrzywiając głowę. Nagle smoczyca wzbiła się w powietrze chwytając mnie przednimi łapami. 
- Grooarrr! - zaryczała i wzbiła się w powietrze. No świetnie. Pewnie zaraz zostanę przystawką obiadową dla całej jej rodzinki.

Po godzinie lotu, gdy byłem pewien, że moje zdrętwiałe kończyny zaraz odpadną smok postanowił wylądować. Teren pozostał niezmienny, wciąż byliśmy na Martwych Ziemiach. I znów staliśmy na szczycie jakieś góry. Tylko tym razem było tu także gniazdo. Smoczyca wylądowała pośrodku niego i postawiła mnie na sianie, którym było wyścielone. Rozejrzałem się. Spojrzałem na nią zdziwiony, ponieważ nigdzie nie widziałem żadnych wygłodniałych piskląt czekających na obiad. Ta natomiast popchnęła mnie w zad swoim wielkim pyskiem, tak że poleciałem pod przodu, przewracając się. Na szczęście mój upadek na siano złagodził twardy kamień, w który uderzyłem głową. Twardy, czarny i ciepły kamień. Chwila, chwila... ciepły?! Poderwałem się na nogi spoglądając w dół. Podemną leżało najprawdziwsze smocze jajo. Obejrzałem się niepewnie w stronę smoczycy. Ta tylko mruknęła zachęcająco.
- Mówisz, że... mogę to sobie wziąć? - zapytałem wskazując na jajo, mimo iż wiedziałem, że i tak mnie nie zrozumiała. Ku mojemu zdziwieniu smoczyca pokiwała łbem. Podszedłem bliżej jaja i położyłem na nim kopyto. Tak... o ile pamiętam to był ten moment, kiedy nadaje się imię. Spojrzałem jeszcze raz na smoczycę. Nie miałem zielonego pojęcia jakiej rasy mogła być i jakie imię byłoby odpowiednie, przekopałem więc głowę próbując znaleźć coś co mogło by oddawać wygląd tego jajka.
- Wzywam cię Zereph'ie Zorcana Vindante! Wstań i walcz u boku swego pana! - zawołałem. Nagle jajo rozbłysło jasny blaskiem - znak zgody. Zadowolony roześmiałem się, spakowałem Zereph'a do torby i rzuciłem się biegiem ścieżką na zboczu góry. Obiegając usłyszałem w oddali ryk smoczycy.
- Ghrrrrroar! - pewnie ciężko jest jej się pożegnać z młodym, nadchodzi jednak taki czas kiedy każde młode opuszcza matkę.
- Grooooar! - krzyknąłem udając ryk smoka, już mniej widowiskowy. Obiecuję, że dobrze się nim zajmę i wytrenuję na najsilniejszego smoka!



Od Reamonn'a C.D. Roxolanne


- Zaczekaj... - powiedziałem cicho. Usłyszałem jak odgłos kopyt uderzających o skałę milknie.
- O co chodzi? - moich uszu dobiegł uprzejmy głos klaczy. 
- Nie... nie wznoś dzisiaj księżyca... - powiedziałem niepewnie.
- Dlaczego? - spytała zdziwiona Roxo. 
- Ponieważ... wolę jak jest ciemno... - mruknąłem bardzo cicho niby do siebie. Nie mogłem jej tak po prostu powiedzieć, że nie miałem odwagi spojrzeć na jej pysk.
- Ostatni raz - usłyszałem jej słowa i wyczekiwany odgłos kopyt wracających w głąb jaskini. Chwilę potem klacz ułożyła się z cichym stęknięciem przy ścianie, prawdopodobnie naprzeciwko mnie.
- Dobranoc, Rey - słysząc zdrobnienie mojego imienia lekko się skrzywiłem. Dobrze, że tego nie widziała. Nie lubiłem raczej gdy inni mnie tak nazywali, ale Roxo to Roxo, niechaj sobie nazywa mnie jak zechce.
- Dobranoc - powiedziałem siląc się, aby mój głos zabrzmiał jak najdelikatniej. Ułożyłem głowę między nogami i zasnąłem. Dawno już nie miałem dachu nad głową. Teraz jednak jeśli o tym pomyśleć, wolę moje rozgwieżdżone niebo...
Obudził mnie promyk porannego słońca, wpadający przez szparę do środka. Powoli otworzyłem oczy, lekko je mrużąc i głęboko ziewnąłem. Przez chwilę przekopywałem swoją wpół zaspaną głowę w poszukiwaniu odpowiedzi gdzie jestem. Kiedy wszystko już dobrze do mnie trafiło rozejrzałem się szukając wzrokiem Roxolanne.
- Ah... - mruknąłem gdy ujrzałem klacz leżącą pod ścianą. Słońce oświetlało jej brzuch i szyję, tak że wręcz cała jej sierść zadawała się emanować blaskiem. Leżała tam niczym biały i czysty anioł. Po drugiej zaś ja, ukryty w zakamarku gdzie słońce mało docierało, a fragmenty mojej ciemno-szarej sierści zlewały się z otaczającą ciemnością. Leżałem tam niczym cichy demon czekający na ofiarę. Podniosłem się, przerywając zastanawianie się nad tym strzępkiem poplątanych myśli i podszedłem do wyjścia. stękając wygramoliłem się na zewnątrz. W pierwszej chwili rażące słońce zmusiło moje przyzwyczajone do ciemności oczy do zamknięcia. Stałem tak głęboko wciągając poranne górskie powietrze. To była jedna z tych nielicznych chwil gdy się uspokajałem. Jedna z chwil, kiedy byłem szczęśliwy to granic możliwości. Kiedy cieszyłem się, że żyję, ukryty w moim świecie spokoju. W świecie gdzie bez końca biegnę z wiatrem, gdzie nikt mnie nie zatrzymuje. Otworzyłem powoli oczy, wpatrując się w horyzont. Przedmną rozciągało się ogromne połacie łąk, a daleko w oddali łańcuch gór szarych. Sponad ich szczytów powoli wynurzało się słońce, aby rozpocząć swoją wędrówkę po widnokręgu.
- Pięknie, nieprawdaż? - usłyszałem za mną delikatny głos. Szybko się odwróciłem. Za mną stała biała klacz, biały anioł, który się uśmiechał. Uśmiechał się... do mnie... do świata... do słońca. Ten uśmiech natomiast był pełny radości i smutku, pokoju i gniewu, wygody i bólu. Był inny od mojego. Mój był pusty, nie wyrażał uczuć...
- Uh... - mruknąłem cicho wpatrując się w jej pysk. Jak bardzo różniłem się od innych koni. Jak wiele uczuć w sobie zapieczętowałem, a jak wiele utraciłem.
- Czemu masz taką smutną minę? - spytała troskliwie.
- Ja... ja się cieszę... - powiedziałem cicho, załamującym się głosem. W tej chwili zawiał silny wiatr odwiewając grzywę z moich oczu. I coś jeszcze... Co to? 

Czy ja... płaczę?

<Roxolanne>

Od Reamonn'a C.D. Khaon

Właściwe to ciągle się zastanawiam czemu musiałem tam iść.
- Schowaj TO i mów czego chcesz - rzucił chłodnym głosem ogier.
- Ruszaj się robimy wymarsz wojenny! - krzyknąłem głośno stając na baczność. W pierwszej chwili koń zareagował cofając się s powrotem do domu, a następnie spojrzał na mnie obojętnym wzrokiem.
- Jestem Pacyfistą - powiedział i zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Zły za taką ignorancję przystawiłem lufę do drzwi.
- Otwieraj, bo wyważę! - po chwili drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem, a w nich ponownie stanął Khaon.
- Nie rób tego - powiedział powoli i wyraźnie. W tym momencie skojarzył mi się z ojcem, który poucza źrebię.
- Czemu? - przekrzywiłem lekko głowę i uśmiechnąłem się. 
- Bo lubię swoje drzwi - mruknął. - A tak właściwie to nie jesteśmy czasem w stanie spokoju? - ogier przybliżył do mnie swój pysk i wpatrzył się we mnie podejrzliwym wzrokiem.
- No faaaakt... - powiedziałem przeciągając drugi wyraz. - Ale chciałem wypróbować mojego nowego rkm... - przez rkm miałem na myśli ręczny karabin maszynowy. Dostałem go kilka dni temu od Roxolanne. Powiedziała, że znalazła go w swoich gratach i nie jest pewna, czy będzie działać, ale może ja coś z nim zrobię. Jak się okazało po kilku dniach czyszczenia broń stała się na powrót fabrycznie nowa. Niestety Roxo nie pozwoliła mi go używać samemu, ponieważ bała się, że zniszczę coś ważnego. 
- Wypróbować naaaa... moim domu? - ogier uniósł jedną brew.
- Nie, nie nie! - pokręciłem szybko głową. Kto wie, jak bardzo by mi się za to dostało. - Na łące! Postrzelamy do kaczek i gęsi! - optymistycznie zawołałem wskazując kopytem kierunek.
- Jestem Pacyfistą - odparł ponownie ogier i ponownie zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Zrobiłem obrażoną minę i odbiegłem kawałek od domku. Następnie przyłożyłem oko do celownika.
- Właściwie to twój dom też byłby niezłym celem - mruknąłem celując. Zgodnie z moimi oczekiwaniami drzwi od domu ogiera otworzyły się.
- Zgoda. Ale zostaw mój dom w spokoju - Khaon wyszedł na zewnątrz i stanął koło mnie. Spojrzał w moją stronę karcącym wzrokiem, więc się uśmiechnąłem. To jednak zdawało się tylko bardziej go złościć. - Czemu to właściwie muszę być ja?
- Bo mieszkasz najbliżej! - parsknąłem i złapałem go za grzywę ciągnąc za sobą. Ogier prychnął i machnął głową, aby się uwolnić. Przez dłuższy czas szliśmy drogą, a wyglądało to wręcz komicznie. Po jednej stronie optymistycznie skaczący ogier z długą grzywą, roześmianym pyskiem i ponad metrowym karabinem na plecach, a obok, zachowując odpowiedni dystans, ogier wyglądający tak, jakby uciekło z niego całe życie.

Po godzinie dotarliśmy na łąkę. Naprawdę nie wiem co mógłbym zepsuć od strzelania do kaczek, ale wolałem już się nie sprzeciwiać.
- Krzycz jak będą leciały - powiedziałem i spojrzałem na Khaon'a. Ogier niemrawo pokiwał głową, ale widziałem, że nie zamierza nic takiego zrobić. Stanąłem więc gotowy do polowania i nastawiłem uszu. Kiedy w końcu usłyszałem wyczekiwanie głosy ptaków ruszyłem biegiem przez łąkę. Gdy tylko z za drzew wyłoniły się pierwsze osobniki pociągnąłem za spust. - Ahaahaaha! - roześmiałem się radośnie gdy zobaczyłem spadające ptaki. Tym razem jednak uważałem, żeby przestać, kiedy poczuję ogarniający mnie szał. Spojrzałem na chwilę w stronę ogiera. Ku mojemu zdziwieniu Khaon nadal tam stał, choć nie wydawał się mną zainteresowany. Stał z opuszczoną głową, wpatrując się w ziemię. Przerwałem strzelanie, pozwalając reszcie ptaków odlecieć i podbiegłem do niego.
- .... - stanąłem koło Khaon'a i przyjrzałem się jego pyskowi.
- Dobrze się czujesz? - zapytałem starając się, by mój głos zabrzmiał jak najbardziej uprzejmie.

<Khaon>