wtorek, 19 stycznia 2016

Od Roxolanne C.D. Reamonn - problemy

Konie równocześnie krzyknęły: "proszę!", a do środka wszedł gniady koń. Zbudowany korpus, długa grzywa. To był Corrado.
- Cześć! Na dworze strasznie pada. Mogę się na chwilę u Was zatrzymać?
- Pewnie. - uśmiechnęła się klacz i gestem zaprosiła go do salonu.
- Dziękuję. - westchnął.
Tak wyszło, że ulewa trwała dość długo. Gdy w końcu ustała, Roxolanne czytała jedną z ostatnich książek. Zbadała wzrokiem Reamonn'a i Corrado śpiących ze stosem książek wokół siebie.
Jak dzieci. - szepnęła i zaśmiała się.
Na dworze coś nagle zaświstało. Lanne nastawiła uszu i czuwała. Po chwili świst pojawił się po raz kolejny. Zaznaczyła stronę w książce i podeszła do okna. Kolejny taki dźwięk zdołał wyprowadzić ją z domu. Obejrzała się jeszcze czy konie śpią i wyszła. Ciekawość zaprowadziła ją do lasu. Podążała wąską ścieżką, a drogę oświetlały jej tylko świetliki. Gdy kolejny przenikliwy pisk rozległ się po okolicy, dziewczyna ruszyła galopem przebijając powietrze. Dźwięk zaprowadził ją poza las. Nieświadomie przebiegła przez Ciemną Puszczę i obok Smoczej Akademii. Nie wiadomo dlaczego, świadomość odzyskała dopiero przed wejściem do Leśnej Świątyni Scheidt. Na niebie wznosiło się już słońce i.. księżyc. Roxo już chciała go pożegnać, gdy usłyszała kolejny, ostatni już świst. Jak zahipnotyzowana powędrowała wzdłuż starych murów. http://th05.deviantart.net/fs50/PRE/f/2009/323/5/2/secret_temple_by_molybdenumgp03.jpg
Stając na środku placu podziwiała niszczejące kolumny. Budynek, którym zajęła się już matka natura. W złotych zdobieniach odbijał się blask słońca. Oczarowana pięknem miejsca poszła wzdłuż pokrytych mchem schodów. Przyglądała się malowidłom na ścianach.  Były to głównie obrazy wilków. Na końcu korytarza, którym szła, były stare, drewniane drzwi. Odsunęła je i weszła do środka. Na środku stał kamienny stół z wyrytą tam mapą Telrian'u. Pominięto w niej niektóre szczegóły, jak złoty las, czy Overhill. Gdy dotknęła mapy, odchyliła się w niej skrytka ukrywająca talizman.

- Znam ten znak. - powiedziała do samej siebie. - Sowilo
Zawiesiła go na swojej szyi zaraz obok metalowej obroży sponsorowanej przez Reamonn'a. Popatrzyła jeszcze na brzegi stolika odczytując znajdujące się na nim runy. 
- Wunjo Isa Laqus Kenaz. - odczytała. - WILK. Teiwaz Jera. 
Zakręciło jej się w głowie. Upadła. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Gdy się obudziła, nie wiedziała gdzie jest. Powoli składała myśli. Odzyskiwała świadomość. Zorientowała się, że jest w Świątyni, ale nie miała pojęcia,jak tu trafiła. Łańcuch wcześniej zawieszony na jej szyi, teraz był za duży. Z łatwością go zdjęła. Pod nią uginały się nogi.. nie. Łapy. Co?! ŁAPY?! Oprzytomniała i wybiegła ze starej cywilizacji. Pognała wzdłuż Oceanu Nieba i Ziemi. Zatrzymała się patrząc w taflę wody. W niej zobaczyła białą jak śnieg wilczycę. Dłużej nie mogła tego kontrolować. Pobiegła w kierunku swojego domu, ale szybko nawróciła. Zamiast tego, łapy poniosły ją na polanę. Na niej stał rosły jeleń. Klacz, tfu! Wadera usiadła w zaroślach przypatrując się zdobyczy. Nie chciała tego robić. Nie chciała zabijać, ale instynkt wziął górę. Rano obudziła się jako koń. Jej pysk i sierść była umazana od krwi bezbronnego zwierzęcia, z którego niewiele już zostało. Z przerażeniem w oczach pobiegła nad wodę, aby się umyć. Z mokrych włosów uczesała niedbałego warkocza i poszła do lasu. Musiała oporządzić myśli. Właśnie wtedy zobaczył ją Rey. 
- Roxo! - krzyknął podbiegając do niej. - Wszędzie Cię szukałem! Dobrze się czujesz?! 
- Tak, dobrze. - uśmiechnęła się blado. 

Od tego dnia, Roxolanne pod wpływem klątwy co noc będzie zamieniała się w białą jak śnieg wilczycę żądną krwi. Nie może o tym powiedzieć nikomu. Nawet Reamonn'owi. To jej tajemnica.



Reamonn?:v 

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Od Corrado C.D. Skylor

- Wszystko w porządku? - zapytałem podchodząc do klaczy trzymającej się za głowę.
- Chyba tak.. - westchnęła. Popatrzyłem na nią badawczo i zrobiłem głęboki oddech.
- Chodź. Poszukamy czegoś do picia. - uśmiechnąłem się i razem ze Sky podeszliśmy do pięknego oczka.

- Jej! Jakie to jest śliczne. - wypaliła podchodząc bliżej.
- Oprócz tej twarzy na kamieniach. Wiesz kto to może być?
- To jakiś człowiek. Nie wiem dlaczego tutaj jest.. - szepnęła przyglądając się.
Nie czekając dłużej wziąłem łyk wody. Smakowała.. normalnie. Jak woda. Klacz nie zdążyła się napić, bo chwilę potem krzyknęła patrząc się jakoś dziwnie na mnie. Zdziwiony zrobiłem głupią minę. Ej Dlaczego jestem taki niski?! Popatrzyłęm w miejsce kopyt, których już nie było. Czym ja jestem?!

Skylor?

Od Snow Flame C.D. Scarlet

Gdy leciały, Snow zauważyła w dole siwą klacz. Telepatycznie oznajmiła Scarlet, że parkuje na ziemi.
- Hej, Roxo. - wyszczerzyła się gdy wszystkie cztery nogi dotknęły ziemi.
- Cześć Wam. Co robicie? - zapytała.
- Oh, nie czytaj już tych książek! - zaśmiała się klacz pegaza i wytrąciła przywódczyni tomisko z kopyta.
- Snow Flame.. - burknęła podnosząc dzieło.
- Co to? - zapytała udając wścibskość.
- " Pierścienie Discorta. Podręczny przewodnik. "
- Po co Ci to? - parsknęła śmiechem.
Wtedy siwa klacz kopytem odsłoniła grzywę, pokazując obrożę z przyczepionym do niej łańcuchem. Pegazy spojrzały na nią pytająco.
- Reamonn ma drugi. Muszę się dowiedzieć jak to zdjąć inaczej do końca życia będę słyszeć dźwięk łańcucha obijanego o nogi. - wzruszyła ramionami.
- On Cię kiedyś zabije, zobaczysz. - Snow z dezaprobatą pokręciła głową. - Musimy lecieć. Trzymaj się. -  westchnęła w końcu i wzbiła się w powietrze.
- Gdzie lecicie?
- Tu i tam, tam i tu. - przewróciła oczyma.
Gdy leciały Scarlet zadała łatwe do przewidzenia pytanie.
- Dlaczego nie powiedziałaś jej, gdzie lecimy?
- Bo gdyby się dowiedziała, to by nam nie pozwoliła.

Scarlet?

niedziela, 17 stycznia 2016

Od Reamonn'a C.D. Roxolanne - Problemy

- Aha. Ale genialnego sposobu no pozbycie się tego to już nie masz? - prychnąłem, lekko zirytowany.
- No ale chyba lepiej to, niż być do siebie przykutym? - warknęła głosem pełnym pretensji.
- I tak mam łańcuch na szyi, i tak. Żadna różnica - wzruszyłem obojętnie barkami.
- Jak muszę ci zabierać moją kołdrę pół nocy to jest różnica - powiedziała i zaczęła iść w stronę domu.
- Ej! Zamierasz mnie tak zostawić?! - podbiegłem i zagrodziłem jej drogę.
- Nie idioto. Zamierzam coś znaleźć w książkach na temat tych twoich łańcuchów - powiedziała, mocno akcentując słowo 'twoich'. Uśmiechnąłem się delikatnie, ustępując jej drogi. Kto jak kto, ale ten mol książkowy może coś znaleźć. Ruszyłem wolnym krokiem za Roxo, słysząc jak łańcuch obija się mi o nogi i brzęczy. Przez ten czas, kiedy wracaliśmy do domu. niebo zakryły ciemne chmury. Gdy tylko przeszliśmy przez zasłaniającą otwór wejściowy kotarę usłyszałem odgłos padającego deszczu. Uśmiechnąłem się do Roxo, która podeszła, aby zapalić w kominku.
- Ledwo zdążyliśmy - powiedziałem, podchodząc do okna i przyglądając się kropelkom wody na szybie.
- Yhym - odparła klacz. Po chwili usłyszałem trzask drewna, a po pokoju rozeszło się przyjemne ciepło.
- Waaah! - ziewnąłem, siadając i zatapiając się w miękkim, skórzanym fotelu Roxolanne. Rozłożyłem skrzydła i nogi, rozwalając się na poduszkach. Roxuś podeszła do regału z książkami i wyjęła kilka z nich. Przekartkowała szybko tę z czerwoną okładką a następnie rzuciła w moją stronę.
- Auf! - jęknąłem, gdy z pozoru lekka książka upadła na moim brzuchu. 
- Czytaj i mów jak coś znajdziesz... - powiedziała, sama siadając na fotelu obok z cała stertą książek.
- Nie chce mi się... - jęknąłem, nadal leżąc rozwalony na fotelu.
- Czytaj. Chyba, że chcesz już z tym zostać - jej słowa mnie przekonały, więc niechętnie wziąłem książkę i otworzyłem na pierwszej stronie. Napis zapisany czarnymi, ładnie kaligrafowanymi literami głosił 'Najróżniejsze Klątwy Świata'. Zaśmiałem się cicho, a po chwili mój śmiech rozległ się po całym pokoju.
- Pwaahahahaah aahahha!
- Co jest? - spytała Roxolanne, odkładając książkę, którą czytała.
- Serio, klątwa? - spojrzałem na nią wymownie. 
- Nigdy nie wiesz gdzie szukać. Czytaj - ucięła i wróciła do przeglądania książek.
- Raaaaany! - jęknąłem, ale posłusznie zacząłem czytać dalej. 'Klątwy śmiertelne, klątwy ciemne, klątw jasne, przedmioty klątw'. Otworzyłem na rozdziale o przedmiotach i zacząłem oglądać obrazki rożnych przedmiotów. Żaden z nich nie przypominał tego, co miałem na szyi. Z rezygnacją zamknąłem książkę i położyłem ją na stoliku, ponownie rozwalając się na kanapie. - Nic nie ma - westchnąłem. Po chwili na moim brzuchu wylądowała kolejna książka.
- To zobacz w tej - powiedziała klacz, nie poświęcając mi więcej uwagi, niż swojej lekturze. Jęknąłem i zacząłem przeglądać 'Pamiętnik kolekcjonera dziwnych przedmiotów magicznych'.


Gdy otworzyłem oczy poczułem na policzku miękką sierść. Wpatrywałem się w nią przez chwilę. W końcu mój mozg zaczął pracować i zrozumiałem gdzie się znajdowałem. Mianowicie spałem, rozwalony na Roxo, która spała podemną, na fotelu, z książką na pysku. Ziewnąłem szeroko i spojrzałem za okno. Na zewnątrz było już ciemno, a deszcze jeszcze padał. Ciekawe, która godzina. Niechętnie wstałem i podszedłem, żeby dołożyć ognia do kominka. Zaskakująco długo już się palił. Gdy wrzuciłem kilka polan do ognia usłyszałem ciche ziewnięcie.
- Aaaaahhh! Rey? - Roxolanne usiała, przeczesując grzywę kopytem. Zaśmiałem się pod nosem, widząc jej zmierzwioną fryzurę.
- Jak się spało? - spytałem delikatnym głosem.
- Ah? Zasnęłam? - zdziwiła się Lanne, spoglądając na książkę, która leżała jej na kolanach.
- Yhym - pokiwałem głową. - Znalazłaś coś? - spytałem, wracając na swój fotel.
- Nie. A ty? - też nie. Co prawda nie wątpiłem w jej umiejętności, jednak Roxo cudotwórczynią też nie jest.
- Powiedzmy, że musimy znaleźć jakiś inny sposób - spojrzałem na nią wymownie. Powoli zaczynał wkurzać mnie brzęk łańcucha.Nagle usłyszeliśmy pukanie do drzwi.

<Roxolanne>

Opowiadanie - Smok etap. 2

Właśnie wracałem od Khaon'a, zmierzając w stronę Cmentarza. Po tym jak ogier wygonił mnie tłumacząc się, że jest zajęty nie miałem nic od roboty. W końcu Roxolanne i Snow Flame wybrały się do miasta coś załatwić. Rozłożyłem skrzydła, tak że opadły na ziemię i głęboko westchnąłem. To był jeden z dni, których nie nienawidziłem. Pewnie udałbym się na arenę, gdyby nie to, że musiałem się dzisiaj tym zajmować. Jakby na moje słowa to się poruszyło. Otworzyłem torbę i spojrzałem ze złością na czarne jajo.
- Nie lubię cię - powiedziałem obrażony do jajka. Patrzyłem się na nie przez chwilę, jakbym oczekiwał jakieś odpowiedzi. W końcu zmarszczyłem brwi. - Czemu nie możesz sam się sobą zająć? - prychnąłem. W odpowiedzi czarny kamień podskoczył w mojej torbie. Nie chcąc by wypadł zapiąłem ją. Rozejrzałem się. Otaczały mnie drzewa... Nudne iglaste patyki. Kiedy znalazłem jajo myślałem, że mój smok będzie ze mną walczył. Nie sądziłem, że będę łaził, użerając się z beznadziejnym kamieniem. Chętnie zostawił bym go w domu, ale Roxolanne znowu zaczęła by przynudzać, że zdobycie wzajemnego zaufania jest najważniejsze. Uniosłem głowę i spojrzałem na przesłonięte szarymi chmurami niebo i przejrzałem pamięć w celu wymyślenia jakiegoś zajęcia. Jedno było pewne. Nie będę siedział na Cmentarzu, niańcząc tą skałę. Nie mogąc niczego wymyślić postanowiłem pójść na spacer. Spojrzałem na jajko i uśmiechnąłem się z przekąsem. - Wolałbym z tobą latać - zaśmiałem się gorzko. Wyciągnąłem za drugiej torby mapę, która pożyczyłem od Roxolanne. No dobra, którą sobie wziąłem od Roxolanne. Przyjrzałem się różnym nazwom. - Hmm... Groty Hagastove... Brzmi całkiem nieźle? Szczególnie, że smoki lubią groty, co? - zaśmiałem się, z trudem odczytując nazwę zapisaną drobnymi literkami.
- Ghhrr... - jajko zatrzęsło się w mojej torbie. Roześmiałem się jeszcze głośniej. Najwyraźniej rozumiało co mówię. Interesujące.
- Więc, kierunek Groty jakieś tam! - zawyrokowałem niczym przewodnik wycieczki i ruszyłem przed siebie. 

Po godzinie dotarliśmy do jakiegoś dziwnego wzgórza. Spojrzałem na mapę, a następnie przeniosłem wzrok na nieduża szczelinę w skale.
- To... chyba tutaj... - mruknąłem i schowałem mapę do torby. Podszedłem do wejścia i zbadałem je wzrokiem. Nie wyglądało na nic specjalnego, ale skoro zaznaczyli to na mapie to nie może to być tylko jakaś mała grota. Zaśmiałem się cicho gdy przypomniałem sobie, że Roxolanne pewnie przeczytałaby tonę książek, zanim by tu przyszła, a ja po prostu szedłem na żywioł. I tak jestem pełnym podziwu, że trafiłem na dobrą górę w tej ciemnej dżungli. Uważając, żeby nie rozgnieść jajka wszedłem do jaskini. Moim oczom ukazały się 3 korytarze, oświetlone jasnym światłem jakiś zielonych kryształów. - I co teraz? - spytałem się siebie na głos, uważnie przyglądając się każdemu z nich. Te po lewej wyglądał najbardziej zachęcająco, więc ruszyłem wzdłuż niego. Drogę oświetlały kryształy, więc byłem szczęśliwy, że nie musiałem iść po ciemku, uważając żeby nie wpaść w ścianę. Wokół mnie panowała cisza, przerywana uderzeniami kopyt, które niosły się echem i odgłosów kapiącej z sufitu wody. Korytarz był nazbyt dziwny. Gładki... jakby coś go wydrążyło... Wzdrygnąłem się, wypędzając z myśli obraz ogromnej, zmutowanej Dżdżownicy. Otworzyłem pysk i wykonałem głęboki oddech, ponieważ powietrze w jaskini było rzadsze i wilgotne. Po chwili drogi dotarłem do dużej, przestronnej groty. Nie było z niej żadnych innych wyjść, oprócz tego którym wszedłem. Aha. Zły wybór. Już miałem podejść do wylotu, chcąc się wracać, gdy usłyszałem dziwny odgłos. Było to głośne szuranie i wywoływało je coś, co w tej chwili znajdowało się w tunelu i sądząc po głośności dźwięku zbliżało się w moją stronę. Niepewnie cofnąłem się do tyłu. Gdy mój zad spotkał się ze ścianą doszedłem do wniosku, że mimo tego, iż na początku grota wydawała mi się na bardzo dużo, to jednak nie miałem tam wystarczająco miejsca do walki. Zakląłem w myślach. Nabrałem głęboko oddechu, kiedy zobaczyłem, że z wylotu coś się wynurza. Naprzeciwko mnie stanęło zwierze, którego nigdy jeszcze nie widziałem. Miało ponad 5 metrów długości i stało na tylnych nogach. To znaczy na jakiś 22 od końca. Przypominało ogromną dżdżownicę z ponad setką pajęczych nóg. Brzuch zwierzęcia pokryty był gęstą sierścią, a grzbiet grubym pancerzem. Spojrzałem na jego głowę znajdującą się pod sklepieniem, ale nigdzie nie mogłęm zauważyć oczu. Koloru zwierzęcia niestety nie mogę podać, ponieważ w zielonym świetle wszystko wydawał się zielone. Gdy gigantyczna dżdżownica otworzyła paszcze ujrzałem w niej cztery rzędy ostrych, rekinich zębów. Zwierze podeszło do mnie i przemówiło. Jego głos poniósł się echem po ścianach.
- Jam jest Heremontaj, strażnik tej góry. Ktoż to mąci mój spokój?! - poniosły głos robala zdawał się dochodzić z każdej strony.
- Reeeeamoon i eee... Zereph... - powiedziałem, próbując jak najszybciej wymyślić sposób walki, lub ucieczki z tego miejsca. Niestety utknąłem w małej grocie, a wejście zasłaniał ten potwór.
- Teraz, nie możecie już stąd odejść żywi! - zawyrokował Heremontaj.
- Chwila, chwila?! Co tak szybko?! - krzyknąłem, próbując coś wymyślić. Kiedy zwierze rzuciło się w moim kierunku materializowałem obok siebie moją lancę. Zakląłem pod nosem, ponieważ przez ograniczone pole manewru nie mogłem wykonać nawet jednego zamachu. Odskoczyłem na bok, unikając ataku potwora. Niestety podczas skoku potknąłem się o wystający z ziemi kamień i upadłem na podłogę, upuszczając broń. Gdy zauważyłem, że Heremontaj stał nade mną rzuciłem się w stronę lancy. Już prawie ją miałem, kiedy nagle drogę zagrodził mi potwór. Zostałem zablokowany przy skale i nie miałem żadnej broni, którą mógłbym walczyć w tak małej przestrzeni. Spojrzałem wściekle na robala. Jeśli myśli, że tak skończę to się grubo myli. Po chwili usłyszałem dziwnych trzask w torbie. Przez kilka sekund myślałem co to mogło być, a gdy domyśliłem się co wydało ten odgłos potwora przesłonił ciemny cień. Chwila... cień? Czy raczej... ogień?! Tak to była ściana, czarnego jak smoła ognia. Potwór zawył z bólu, lecz ja czułem tylko lekkie ciepło. Odwróciłem głowę i spojrzałem na moją torbę. Zaśmiałem się cicho. Z torby wystawiał głowę biały smoczek. Najbardziej komiczne było to, że z jego pyska wydobywał się czarny ogień, który mimo kieszonkowych rozmiarów smoka wypełnił całą salę. Po kilku minutach, smoczek przestał zionąć ogniem więc spojrzałem na Heremontaja. Właściwie to na górę popiołu i łusek z jego pancerze, która po nim pozostała. Widząc to roześmiałem się jeszcze głośnie i spojrzałem na małego urwisa.
- Groooah - smoczątko zamruczało.
- Witaj, Zereph - pogładziłem go skrzydłem po głowie. - Dobre poczucie czasu - smoczek schował się z powrotem do mojej torby, kiedy ja pobierałem kilka łusek i wsadziłem jej do drugiej. Ciekawe ile będą warte. - Heremontaj... - prychnąłem pod nosem. Poczułem jak w mojej torbie wierci się Zereph. No proszę, wykluł się jakieś 5 minut temu, a już mi się przydał.




Od Reamonn'a C.D. Roxolanne

- Zamknij się! - krzyknąłem pół-zirytowanym głosem, pół-roześmianym. Czy ona zawsze musiała się wymądrząc w takich momentach?
- Uh... Nngh! - bez zastanowienia przyłożyłem pysk do pyska klaczy i pocałowałem ją. Przez kilka sekund Roxolanne wlepiała we mnie swoje zdziwione oczy. Kiedy w końcu zrozumiała co się dzieje zaczęła się wiercić, próbując mnie odepchnąć. Zaśmiałem się na tyle, na ile pozwalał mi pocałunek i popchnąłem ją w stronę fontanny. Poczułem jak klacz potyka się o brzeg kamiennego murku i leci do tyłu. Ja oczywiście, siłą rzeczy poleciałem za nią i obydwoje wpadliśmy do fontanny. Po placu poniosło się głośne 'Plusk!' i zdziwione głosy koni. Woda nie była zbyt głęboka, więc sięgała Roxolanne tylko do połowy brzucha. Powoli otworzyłem oczy i spojrzałem na klacz. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w siebie zaskoczonymi, a potem zatroskanymi spojrzeniami. Przejechałem wzrokiem wzdłuż głowy Lanne. Jej grzywa falowała w wodzie. Klacz mrugała od czasu do czasu, ponieważ woda chlapała jej w oczy. Rozłożyłem swoje skrzydła, żeby zakryć nas od wody i spojrzeń innych. Uśmiechnąłem się swoim złośliwym uśmieszkiem.
- Szkoda, że siebie teraz nie widzisz - powiedziałem, z pozoru słodkim głosem, żartując sobie z jej wyglądu. Na pysk klaczy pojawił się duży grymas.
- Złaź! Ciężki jesteś! - warknęła klacz i kopnęła mnie w brzuch.
- Auf! - krzyknąłem, zduszonym głosem i złapałem się za brzuch, jednocześnie wyskakując z fontanny. - To był coś poniżej pasa! - zawyłem, robiąc obrażoną minę.
- Ale zadziałał - powiedziała klacz z figlarnym uśmieszkiem, podnosząc się do góry. Stanęła obok mnie kulącego się na chodniku i wycisnęła wodę ze swojej grzywy. Gdy ból trochę ustąpił podniosłem się i pomachałem skrzydłami, ale je również osuszyć.
- Wracam do domu! - rzuciłem obrażonym głosem. Miałem nadzieję, że znajdę tam jakieś tabletki przeciwbólowe.
- Nie przesadzaj - mruknęła klacz. - Przecież nie uderzyłam cię tak mocno!
- Ale mnie nie boli brzuch!
- To co? - zdziwiła się Roxo.
- Emm... em... skrzyowa! - krzyknąłem głosem pełnym wyrzutów w jej stronę. Po chwili, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, co właśnie powiedziałem, uderzyłem się skrzydłem w głowę. - Aww... głowa...
- Hmph! Ahaah... - zaśmiała się cicho klacz, zasłaniając pysk kopytem. - Chodź symulancie, pójdziemy gdzieś jeszcze - powiedziała tajemniczym głosem.
- Do szpitala... - zawodziłem dalej.
- Co ci tym razem? - spytała rozbawionym głosem.
- Umieeeeeram! - podszedłem do niej i oparłem głowę na jej plecach dając jej tym wymowny znak, że nie dam rady sam chodzić.
- Cichaj - mruknęła pod nosem Lanne i zepchnęła mnie ze swojego grzbietu. Ruszyła wolnym krokiem w stronę jednej z odchodzących od placu uliczek. Nie miałem wyjścia jak iść za nią. W końcu sam i tak bym się zgubił.



Szliśmy powoli jedną z uliczek Doliny Królów. Czasami napotykaliśmy mijające nas konie, lecz im dalej zagłębialiśmy się w labirynt uliczek, tym było ich coraz mniej. Brzuch przestał mnie już boleć, więc mogłem iść wyprostowany obok Roxo. Ciekawe co ona sobie myślała.
- Ej... Roxuś! - zacząłem zawodzić znudzonym głosem w jej stronę. Spojrzałem na jej pysk. Na czole klaczy zapulsowała jedna żyłka.
- Co? - rzuciła od niechcenia.
- Gdzie idziemy~? - przybliżyłem się do niej. O dziwno nie odsunęła się, ani mnie nie odepchnęła. Punkt dla mnie.
- Dokadś... - rzuciła zniecierpliwionym głosem. Punkt dla Roxo.
- Tsh. Jeszcze się złościsz? - zaśmiałem się pod nosem.
- Za te twoje śpiewy, za pocałunek, cz za to że jestem mokra? - trudność za jaką wymówiła słowo 'pocałunek' wywołała jeszcze większy uśmiech na moim pysku.
- Hmm... - zastanowiłem się, teatralnie podpierając pysk skrzydłem. - Za wszystko
- A jaką odpowiedź chciałbyś usłyszeć? - powiedziała Lanne, skupiona bardziej na wybieraniu drogi, niż na rozmowie ze mną.
- Że jesteś - odparłem po chwili zastanowienia.
- Czemu? - zdziwiła się klacz, poświęcając mi trochę więcej uwagi.
- Bo mógłbym cię pocałować na przeprosiny? - to było bardziej stwierdzenie, niż pytanie. Spojrzałem na klacz z szarmanckim uśmiechem. Kilka sekund później, wykonałem zwinny unik, uciekając przed próbującym ponownie mnie trafić kopytem Roxolanne. Gdy ta warknęła i zmrużyła oczy, widząc, że nie udało jej się mnie trafić, zaśmiałem się cicho.
- Chodź i nie gadaj - ucięła naszą rozmowę i bez słowa ruszyła biegiem wzdłuż uliczki. Nie chcąc stracić jej z oczu pobiegłem za nią. Po kilkunastu minutach wyczerpującego biegu dotarliśmy do wzgórza, na brzegu miasta. Spojrzałem na nocną panoramę rozświetlonego miasta i wziąłem głęboki oddech. Zawsze jakoś miałem słabość do takich widoczków.



Roxolanne podeszła do stojącej przed nami huśtawki i zachęcająco uderzyła w nią kopytem. Wpatrywałem się jeszcze chwilę w widok, a następnie usiadłem obok niej. Drewno zaskrzypiało pod nami.
- Wooah - powiedziałem cicho.
- Pięknie nie? - spytała klacz. Cały czas wodziłem wzrokiem po rozświetlonych uliczkach, będąc pewien, że klacz nie patrzy się na panoramę, lecz na mój pysk.
- Aż chce się tutaj zamieszkać... - westchnąłem cicho.
- Nie, nie mój drogi. Musiałbyś Bogiem zostać żeby tu zamieszkać - odpowiedziała rozbawionym głosem.
- A jak oni wszyscy tu mieszkają? - spytałem, pokazując skrzydłem chodzących w świetle latarni mieszkańców.
- Oni już tu byli, kiedy bogowie się tutaj osiedlili. Są nieśmiertelni, nie mogą jednak stąd wyjechać
- Trochę jak więzienie... - ponownie westchnąłem.
- Cały świat jest jak więzienie. Nie możesz się od niego uwolnić. Nawet po śmierci
- Założysz się, że nie? - na moim pysku na powrót pojawił się figlarny uśmiech, kiedy na nią spojrzałem.
- Co zamierzasz zrobić? - klacz przyjrzała mi się podejrzliwym wzrokiem. Zaśmiałem się cicho pod nosem i popchnąłem ją delikatnie na huśtawkę, tak, że upadła na grzbiet, a ja na nią.
- Dać ci chwilę wolności? - przyglądałem się niepewnemu wyrazowi twarzy klaczy, podczas gdy na mojej nadal tkwił mój uśmiech. Po chwili jednak klacz również się uśmiechnęła i spojrzała mi prosto w oczy.

<Roxolanne>

Od Roxolanne C.D. Reamonn

Ogier stanął na murku od fontanny balansując niczym kot. Po chwili złapał równowagę i śpiewał dalej. Roxolanne oparła policzek o kopyto i patrzyła na niego politowanym, ale figlarnym ( ͡° ͜ʖ ͡°) uśmiechem.
Wokół nich zaczęły pojawiać się inne konie tupiąc kopytami o brukową kostkę w rytm muzyki. Reamonn'owi nie przeszkadzała ilość par oczu wlepionych w niego i Roxo. Można wręcz powiedzieć, że był z tego powodu zadowolony. Gdy melodia ustała tłum zaczął bić brawo i wiwatować. Klacz nie zmieniając wyrazu twarzy zbadała wzrokiem pary dookoła, a następnie Rey'a. Patrzył na nią wyczekująco. Na co czekał? Pff.
- No to co? - zapytał.
- Co "co" ? - uniosła brew nie rozumiejąc.
- Co będzie z Nami? Jak to się skończy? Wrócimy do stada?
- Nie wiem. Trzeba być dobrej nadziei. - uśmiechnęła się. - Dlaczego oni nie idą? - zmieniła temat wskazując kopytem tłum gapiów.
Ogier wzruszył ramionami przyglądając im się uważnie. Wszystkie konie się przytulały. Ten widok sprawiał, że Lanne robiło się ciepło na sercu. Reamonn rozprostował skrzydła i jednym z nich objął klacz. Wśród koni rozległ się krzyk:
- Na co czekasz?! Całuj!
- Co ty na to? -zaśmiał się koń.
Roxolanne wydawała się spokojna, ale w środku nie była ani trochę. Wiedziała, że Dolina Królów ma zapewnioną dodatkową ochronę z miłości koni, które tu mieszkają. Jeśli tego nie zrobi, to ich wiara spadnie. Byle jakie zło będzie mogło dostać się do Doliny. Wszystko zapewnia brama wejściowa, która nie wpuści nikogo złego. Nikogo, kto nie ma w sobie miłości. Ej! Chwila moment! Skoro tak to działa, to dlaczego Rey mógł przez nią przejść? Czyżby jednak miał uczucia?
- Pocałujesz mnie? - zapytała rozbawiona. - To jest fontanna amora. Każdy kto tu przyjdzie musi kogoś pocałować. - wskazała kopytem na strumień wody. - Faktem jest to, że wybudowano ją ponad cztery wieki temu. Pracował nad nią jeszcze Jasper. To on sprowadził perły, które tutaj są z Oceanu Nieba i Ziemi. Pomagały mu w tym dwa hipokampy tam mieszkające. Miały na imię  - nie skończyła, bo ogier nagle jej przerwał.
- Zamknij się! - przewrócił oczyma.

Reamonn? Nie do końca mój mroczny plan wszedł w życie, aczkolwiek..