Widząc klacz pochylającą się nad stosem kości głęboko odetchnąłem. Zeskoczyłem na arenę i podszedłem do niej. Jednym zwinnym ruchem wyrwałem Roxolanne broń.
- Co się cackasz? Tu nie ma czasu na takie wygłupy - rzuciłem lodowatym głosem. Przywołałem z powrotem wilka i jednym potężnym ciosem przeciąłem wszystkie kości, tak że nie nadawały się już do niczego. Na dźwięk łamanych kości klacz skrzywiła się. Zły cisnąłem miecz w jej stronę. Broń wykonała obrót w powietrzu i wbiła się koło jej kopyt. - Jeszcze raz - zarządziłem idąc w stronę trybun.
- Nie - powiedziała chłodnym głosem klacz i kopnęła broń, która upadła na piach z metalicznym brzękiem. Słysząc to zatrzymałem się.
- Co powiedziałaś? - spytałem lodowatym głosem nie odwracając głowy. Usłyszałem jak Roxolanne cofa się kilka kroków do tyłu głęboko oddychając.
- Powiedziałam nie. Nie będę zabijać - powiedziała spokojnie i stanowczo. Odwróciłem się i z furią rzuciłem w jej stronę.
- Co ty gadasz?! Zabijać?! Przecież to kości! - krzyknąłem stając przed nią. Pysk klaczy przybrał wystraszoną minę, cofnęła się do tyłu. Spojrzała w bok unikając mojego wzroku. Prychnąłem z pogardą i odwróciłem się. Podszedłem do miecz i podniosłem go. Usłyszałem kroki za moimi plecami.
- A co gdyby... to były moje kości...? - szepnęła cicho klacz, stając w bezpiecznej odległości.
- Ah? - odwróciłem się zdziwiony w jej stronę.
- Co byś zrobił gdyby to był moje kości!? - krzyknęła klacz przez łzy. Otworzyłem szeroko oczy słysząc jej krzyk. Nagle zerwał się silny wiatr. Uderzył w nas całą swoją mocą, rozwiewając nasze grzywy i ogony. Odwróciłem od niej głowę i spojrzałem na chorągiew trzepoczącą na murze. Właśnie, co bym zrobił?
- Kości to kości. Nie obchodzi mnie czyje - mruknąłem zachowując obojętny wyraz twarzy. Klacz spojrzała na mnie przez łzy. Przez chwilę patrzyła, nie mówiąc nic.
- Co się z tobą stało?! - krzyknęła. - Jeszcze chwilę temu się śmiałeś! Co się z tobą dzieje?!
- Po prostu jestem sobą - podszedłem do niej i popatrzyłem na nią złowieszczo się uśmiechając. Tak, byłem dla niej miły.
Tak, udawałem.
Lecz po cóż kłamać bez końca? Po co udawać? Wolę siebie takiego, jakim jestem naprawdę.
- R-rey? - szepnęła przestraszona Roxolanne.
- Właściwie to cię podziwiam - przestałem się uśmiechać i znów spojrzałem na mur. - Udało ci się sprawić, że doceniłem swoją wartość. To prawda, jestem szlachetnego pochodzenia, a bogowie bywają kapryśni - mruknąłem i zamknąłem oczy. Na moim pysku pojawił się lekki uśmiech. Po co słuchać się bogów, jak można samemu nim być? Lecz tak nie byłoby zabawy. - Pobawię się z wami jeszcze chwilę
- Co się z tobą stało?! Zostaw nas w spokoju! - krzyknęła klacz, odpychając mnie na bok. Rozłożyłem skrzydła, tak że upadając zachowałem równowagę i delikatnie opadłem na ziemię, stając z powrotem na nogach. Uśmiechnąłem się w jej stronę wyzywająco i odgarnąłem grzywę z oczu.
- A co, gdybym powiedział, że zawsze taki byłem?
- Eh... - klacz na chwilę zamilkła. Pociągnęła nosem i na chwiejących się nogach podeszła do mnie. Przyłożyła głowę do mojego boku. - To... wolałabym... żebyś był taki jak wcześniej... - szepnęła przyciskając swoją ciepła głowę do mojego boku.
- Nawet, gdybym tylko udawał? - spojrzałem w jej stronę.
- Chcę... żebyś był szczęśliwy... - zaskoczony otworzyłem szeroko oczy. Czy ona sądziła, że wtedy byłem szczęśliwy? To prawda, byłem wesoły, ale to dwie zupełnie różne rzeczy.
- Niby sądziłaś, że wtedy byłem szczęśliwy? - ponownie uśmiechnąłem się wyzywająco. Okazywać te wymuszone uśmiechy nie było szczęściem. Widząc jej radość było mi dobrze, ale wolałem, żeby zostało tak jak teraz. Roxolanne stała obok mnie, płacząc i trzęsąc się ze strachu. Nie uciekła jednak jak kiedyś.
- Myślałam, że się zmieniłeś... - o, tak. Zmieniłem się. Jedno udało się jej osiągnąć. Nie byłem już wściekłym wilkiem. Mimo mojego charakteru udało jej się zrobić ze mnie posłusznego psa. Nie ugryzłbym już swego pana. Po to tu jestem. Aby stać w jej cieniu, aby być jej cieniem i z uśmiechem wykonywać całą brudną robotę. Nie jestem zabawką do towarzystwa.
- Zmieniłem się. Kocham ciebie moja Pani - powiedziałem uroczystym głosem. Klacz na chwilę stanęła bez ruchu głęboko oddychając. Ja odsunąłem się kawałek od niej i ukłoniłem się nisko. - Nie jestem to jednak miłość romantyczna. Kocham cię, moja Pani. Proszę pozwól mi zawsze stać w twoim cieniu i cię bronić.
<Roxolanne>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz